Ostatnie Wpisy

Matrix: Księga Nołlajfów. Ania z Zielonego Kodu (cz. 5)

Autor: njnowak | Kategorie:
Tagi: agenci, fan fiction, fantastyka, księga nołlajfów, matrix, natura, ogród botaniczny, opowiadanie, przyroda, rosja, rosjanie, science-fiction
17. lipca 2014 21:00:00

ROZDZIAŁ CZWARTY
Ruscy agenci





„Niebo jak len, słońce jak sen
Oto rysunek malucha
I kilka słów, literek rząd
Nieśmiało wciska się w kąt

Zawsze niech będzie słońce!
Zawsze niech będzie niebo!
Zawsze niech będzie mama!
Zawsze niech będę ja!

Druhu mój, znasz ludzi i czas
Oni tak pragną pokoju
Chociaż od trosk srebrzy się włos
Serce powtarza na głos

Zawsze niech będzie słońce!
Zawsze niech będzie niebo!
Zawsze niech będzie mama!
Zawsze niech będę ja!”

Polskojęzyczna wersja piosenki
„Pust vsegda budet solnce” Lwa Oszanina[55]




A więc uciekliśmy. Poprowadziła nas muza, której imię brzmi Młodość. Uczyniliśmy to mimo świadomości, że świat, który nas otacza, ma tyle wspólnego z prawdą, co średniowieczne opowieści o Psiogłowcach[56]. Mimo wiedzy, że spóźnialski profesor jednak dotarł na uczelnię i że będziemy mieli przechlapane, gdy obudzimy się w Realnym Świecie. Mimo ryzyka, że może nas spotkać coś złego, bo przecież jesteśmy przestępcami, którzy wyrwali się spod kontroli i połknęli czerwoną pigułkę. Ale mieliśmy to wszystko w nosie. Przede wszystkim, mieliśmy w nosie ideologię żałoby, opartą na opłakiwaniu zmarnowanych lat życia i zamartwianiu się o przyszłość naszej planety. Pamiętaliśmy o tym, że w Syjonie panuje bieda, większość ludzkości to uśpione bateryjki, a mątwy (mimo oficjalnego rozejmu) nadal stanowią zagrożenie dla poduszkowców. I co? I nic. Daliśmy dyla z zajęć, a gdy dotarliśmy do centrum miasta, podzieliliśmy się na małe grupki i rozeszliśmy we wszystkich kierunkach.

Diana, ja i pozostałe dziewczyny z pokoju 112 poszłyśmy na pierogi. Wyobraźcie sobie, jaki to skandal: pójść na pierogi, gdy się wie o tych wszystkich okropnościach związanych z Matrixem i Realnym Światem! To trochę tak jak w pewnym starym dowcipie… Żona budzi męża w środku nocy. Rozespany mąż pyta: “Co się stało?”, a żona krzyczy do niego z wyrzutem: “Jak możesz spać spokojnie, skoro tak mało zarabiasz?!”. No właśnie. Jak można wejść do pierogarni, usiąść przy drewnianym stoliku i zamówić sobie porcję pierogów, kiedy tysiące Syjonitów drżą ze strachu przed Trzecią Wojną z Maszynami i dyskutują o przyszłości naturalnie urodzonych ludzi, których zostało już mniej niż dwieście tysięcy (ostatni atak machin i niż demograficzny zrobiły swoje)[57]?! Wstyd, hańba i zdrada stanu! No, naprawdę, jakim trzeba być nołlajfem, żeby sobie siedzieć w wygodnym fotelu, z wtyczką wsadzoną do głowy i z wizją tłustych pierogów leżących na talerzu?! Neo i Trinity przewracają się w grobie.

- Co by zrobiła Czarna Kaśka - zwróciłam się do moich koleżanek - gdyby się dowiedziała, że zamiast przebywać w opuszczonym budynku Wydziału Ekonomicznego i słuchać wykładu o koncepcjach Kartezjusza, wtryniamy miękkie, zmielone mięsko otulone białym, jedwabiście gładkim, zgrabnie ulepionym ciastem[58]?

- Pewnie by powiedziała: “Udławcie się tym” - odparła Danka, a Pola i Ksenia zachichotały. - Ona wchodzi do Matrixa tylko po to, żeby z nim walczyć. Nie byłaby w stanie pojąć, że niektórzy ludzie chcą po prostu dobrze się w nim bawić.

- Wiesz, Aniu? - zagadnęła mnie nagle Pola. - Na początku myślałam, że faktycznie jesteś jakąś kolaborantką, gotową poświęcić prawdę i wolność w imię osobistego komfortu. Teraz, po tych czterech nudnych miesiącach spędzonych na Alethei, widzę, że racja leży po twojej stronie. W Matriksie spędziliśmy większość życia. My: uczestnicy tego głupiego projektu Dedalusa. Zostawiliśmy tu rodzinę, przyjaciół i wiele niezamkniętych spraw. Wolno nam tutaj wracać. I naprawdę nie ma nic zdrożnego w godzeniu jednej egzystencji z drugą.

- Nasze życie, nasz problem! - wykrzyknęłam wojowniczo, unosząc zaciśniętą pięść. - Jesteśmy u siebie i mamy swoje prawa!  

- Aniu! Ciszej trochę! - syknęła Diana, rozglądając się z przerażeniem wokół siebie. - Nie jesteśmy same!

- Fakt, zapomniałam - przyznałam przepraszająco, lekko się rumieniąc. - Chciałam tylko powiedzieć, że mamy prawo do swobodnego przemieszczania się, nawet, jeśli w tym przypadku “przemieszczanie się” oznacza zmianę stanu świadomości. Poza tym, profesor Dedalus wcale nie mówił, że nasza podróż do Realnego Świata będzie podróżą w jedną stronę. Opuszczając Matrix, byłam przekonana, że w każdej chwili będę mogła do niego wrócić. Jeśli opiekunka roku, wykładowcy i załoga statku nadal będą nam odmawiać podłączania do systemu, uznam, że zostaliśmy oszukani i zażądam odszkodowania.

- Popieram Anię! - oświadczyła zdecydowanym tonem Ksenia. - Gdy widzę, jak się nas traktuje… jak się nas izoluje od rzeczywistości, w której się wychowaliśmy… odnoszę wrażenie, że zostaliśmy zrobieni w bambuko. Mnie nie obchodzą żadne filozofie ani ideologie. Mam swoje życie i nikt nie ma prawa mi go ograniczać. OK, poznałam prawdę, zobaczyłam realność. I co teraz? Jestem już umarła dla świata? Dla tego świata, którego mogłam nigdy nie opuścić? Nikt mnie nie pytał, czy chcę na zawsze porzucić swoje dotychczasowe zajęcia i znajomości…

Po zjedzeniu pierogów i zapłaceniu rachunku Danka, Pola i Ksenia wybrały się do galerii handlowej, a Diana i ja pojechałyśmy autobusem do ogrodu botanicznego. Jadąc pojazdem, łapczywie pochłaniałam wszelkie widoki rozpościerające za oknem. Ilekroć machina zatrzymywała się na przystanku, miałam ochotę wysiąść, żeby znaleźć się bliżej tego, co akurat przykuło moją uwagę. Sztuczny krajobraz rodem z awangardowej poezji dwudziestolecia międzywojennego… Miasto, masa i maszyna… Przypominał mi się Syjon, ale tutaj było po stokroć lepiej ze względu na naturalne oświetlenie, świeże powietrze i liściaste drzewa. Kiedy ludzie nauczą się wreszcie doceniać światło, ciepło, tlen i rośliny? Gdy bezpowrotnie je stracą? W Realnym Świecie ludzkość doprowadziła do zniszczenia przyrody, a sama - wskutek rozpętanej przez siebie wojny - musiała zamieszkać w olbrzymim, podziemnym bunkrze. Czy w Matriksie też kiedyś dojdzie do Apokalipsy? Czy zniknie fauna i flora?

Jest to całkiem możliwe, albowiem rzeczywistość matrixowa opiera się na świecie sprzed dwustu lat. To, co widać w cyberprzestrzeni, wygląda tak jak to, co było widać dwa wieki temu w Realu. Czy w Matriksie historia potoczy się tak jak w pierwowzorze? Czy Architekt - domniemany ojciec Matrixa - skopiował nie tylko estetykę, ale również trajektorię Realnego Świata? Jeśli istnieje przeznaczenie, to czy w obu rzeczywistościach jest ono takie samo? Prawdę mówiąc, nie chcę sobie zaprzątać głowy takimi abstrakcjami. Gdybym chciała, poszłabym na Matrixologię. Tymczasem wybrałam Matrix Studies: naukę nastawioną na badanie tego, jaki jest Matrix i jego mieszkańcy. Nie interesują mnie trudne do udowodnienia prawidłowości rządzące wirtualnym światem. Interesuje mnie, dokąd idzie ta grupa pięciolatków prowadzona przez pyzatą przedszkolankę. Interesuje mnie, kto i dlaczego namalował Sknerusa na bocznej ścianie kiosku. Interesuje mnie, kto robi zakupy w dużym sklepie z gitarami elektrycznymi na wystawie…

- Diano - rzekłam do mojej przyjaciółki, kiedy już wysiadłyśmy na przystanku nieopodal ogrodu botanicznego. - Czy nie ogarnia cię przerażenie, gdy myślisz o tym, że ludzie w Syjonie nigdy nie widzieli błękitnego nieboskłonu? Że wielu z nich może nawet nie wiedzieć, że kiedyś w Realnym Świecie istniały białe chmurki? Dla nich kompletną fantastyką jest to, co dla nas stanowi rozkoszną normalność: puszyste obłoki przypominające jagnięta na niebieskim pastwisku. Teraz już wiem, dlaczego owieczki są kojarzone z Bogiem i chrześcijaństwem…[59]

-  Ty też nigdy nie widziałaś chmur ani nieba - zauważyła Diana. - Matrix to złudzenie. Twoje oczy są zamknięte, a to, co teraz obserwujesz, jest marą wywołaną przez impulsy dostarczane do twojego mózgu. To niebo… Te chmury… One nie istnieją.  

- No i co z tego? - zapytałam zaczepnie. - Chiński czerwony smok z długimi, cienkimi wąsami też nie istnieje, a jednak ujrzałam go kiedyś w telewizji. Naprawdę go zobaczyłam, chociaż wcale go tam nie było: ani w elektronicznym pudle, ani w ogóle w rzeczywistości. Widziałam czerwonego smoka, którego nie było, a jego widok wywołał we mnie określoną reakcję. Chociaż smok był tylko iluzją, spotkanie z nim stało się częścią mojej biografii. I tak samo jest ze wszystkim, co widzę i przeżywam w Matriksie. Niby są to rzeczy nieprawdziwe, a jednak mogę je wspominać i opowiadać. Mogę je umieścić na kartach swojej autobiografii. Zresztą, tego telewizyjnego smoka również spotkałam w Matriksie. Majak w majaku, miraż w mirażu. Wiesz, co jeszcze mogę dopisać do listy swoich przygód i doświadczeń? To, co przeżywam w swojej wyobraźni, gdy fantazjuję na jawie. A także to, co nawiedza moją głowę, kiedy śpię w domu studenckim lub na pokładzie Alethei. To wszystko… to jest jedno i to samo. Owszem, są pewne zewnętrzne różnice. Ale na najbardziej fundamentalnym poziomie jest to dokładnie to samo.

Tego, jak wyglądał ogród botaniczny, nie będę szczegółowo opisywać, gdyż takiego piękna nie da się wyrazić słowami. Trzeba to po prostu zobaczyć: jeśli nie na żywo, to na obrazie lub fotografii. Żeby wejść do środka, trzeba było przejść przez wielką, żelazną bramę, taką jak w powieści “Tajemniczy Ogród” Frances Hogdson Burnett[60]. Ale o ile ogród z angielskiej książki był zapuszczony, o tyle ten “nasz” był zadbany i profesjonalnie urządzony. Ogród zajmował ogromną połać ziemi. Jego mnogie alejki, prowadzące w różnych kierunkach i krzyżujące się ze sobą w wielu miejscach, stwarzały możliwość odbycia licznych, niepowtarzalnych spacerów. Ileż tam było kwiatów: polskich i niepolskich! Ileż tam było krzewów: ukwieconych i nieukwieconych! Ile gatunków drzew… Ile zwinnych zwierzątek… Roślinom (które przypominały eksponaty w muzeum) towarzyszyły tabliczki informacyjne, altany, ławki, oczka wodne, fontanny, mostki, płotki, głazy, bramy-łuki i pojedyncze rzeźby. Za te wszystkie cuda odpowiadał Zielony Kod.  

- Uważam, że informatyka powinna zostać uznana za dziedzinę sztuki - odezwałam się do Diany, gdy już odzyskałam mowę, którą chwilowo odebrało mi urzeczenie. - A Matrix, rozumiany jako pewna całość, powinien zostać wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nie da się zaprzeczyć jego czarowności. To, do jakich celów jest wykorzystywany, to już sprawa drugorzędna.

- W sumie, masz rację - przyznała moja przyjaciółka. - Dzieło sztuki to dzieło sztuki. Można je powiesić w pałacu złego władcy, można je wyśmiać i skrytykować, można je umieścić na indeksie tworów zakazanych. Ale ono wszystko zniesie, gdyż obroni się samo.

- Dokładnie tak - przytaknęłam. - Jeśli chodzi o fałszywość tego ogrodu, w ogóle mi ona nie przeszkadza. Treść malowidła, przedstawiającego chimerę lub satyra, także jest nieprawdziwa. I co? I nic. Fikcja nie umniejsza artyzmu, tylko go zwiększa. Klasyczne baśnie straciłyby na wartości, gdyby zostały ogołocone z elementów fantastycznych. Owszem, stałyby się bardziej prawdziwe, ale nie byłyby już takimi arcydziełami.       

Nagle ogarnęła mnie melancholia. Zastanowiłam się, co będzie, jeśli Matrix faktycznie podzieli los Realnego Świata. Dwieście lat temu w Realu było tak jak teraz w Matriksie. Ten ogród botaniczny, którego symulację dzisiaj podziwiamy, również mógł istnieć naprawdę. Pomyślałam o ludziach, którzy żyli w tamtych czasach. Uczyli się, pracowali, odpoczywali. Zajmowali się mnóstwem codziennych i niecodziennych czynności. Myśleli, że ten stan będzie trwał wiecznie. Że są nieśmiertelni: oni i ich najbliżsi. Że świat zawsze będzie tak piękny… tak banalny i przewidywalny w swojej urokliwości. Pory dnia, pory roku, łąki, pola, lasy i wrzosowiska miały przetrwać aż do końca planety Ziemi. A potem przyszła ta straszliwa wojna. Wybuchła bomba atomowa, potem następna i następna… Maszynom nie wyrządzało to szkody, ale ludziom tak. Wrogowie ludzkości korzystali z energii słonecznej. Nasz gatunek zdecydował, że zasnuje niebo czarnym dymem, żeby zadać maszynom ostateczny cios[61].

Niestety, to też nie pomogło, a decyzja była nieodwracalna. Nikt już nigdy nie zobaczył nieba ani słońca. Wszyscy musieli się pożegnać z jutrzenką. Musieli także zapomnieć o tej oślepiającej, czerwonej kuli, która (otoczona barwą różową, fioletową i pomarańczową) każdego wieczoru zanurzała się w morzu. Wiele roślin - także tych dających pożywienie - wyginęło bezpowrotnie. Zrobiło się zimno, bardzo zimno. Wskutek działań zbrojnych zginęły miliony… miliardy ludzi. Niektórzy polegli od razu, inni konali w długich męczarniach. Byli też tacy, którzy doświadczyli czegoś gorszego od śmierci: wiecznej rozłąki z ukochanymi osobami. Wielu małżonków straciło swoją “drugą połówkę”. Mnóstwo dzieci zostało osieroconych. Ci, którzy ocaleli… a była ich garstka… musieli zamieszkać w podziemnym mieście. Potomkowie tych ludzi nie mieli już szansy poznać normalnego życia. Niektórzy z nich nigdy nawet nie opuścili Syjonu. Czy Matrix - rekonstrukcja świata sprzed dwustu lat - skończy w identyczny sposób?

Popatrzyłam na prześliczne kwiaty, które mnie otaczały. Spojrzałam na fikuśną, drewnianą altankę stojącą naprzeciwko Diany i mnie. Wsłuchałam się w śpiew ptaków. Wspomniałam swoją rodzinę, a zwłaszcza rodziców, których ostatnio widziałam ponad cztery miesiące temu (oni nie wiedzą, co się ze mną stało. Nie są też wtajemniczeni w sprawy Matrixa i Realnego Świata. Wyobrażam sobie ich ból, bo ja również usycham z tęsknoty). Był koniec marca, ale słoneczko świeciło jak na przełomie maja i czerwca. Niebo przybrało przecudny odcień niebieskości. Wirtualny świat odurzał swoim pięknem, ale robił to z wyjątkową niewinnością i delikatnością.

Nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. Zadarłam głowę, rozpostarłam ramiona niczym orle skrzydła i zaczęłam śpiewać pełnym głosem:

“Zawsze niech będzie słońce!
Zawsze niech będzie niebo!
Zawsze niech będzie mama!
Zawsze niech będę ja!”


W pierwszej chwili Diana popatrzyła na mnie jak na wariatkę, ale potem się roześmiała i przyłączyła do wykonywania kultowej, radzieckiej piosenki. Najpierw zaśpiewałyśmy po polsku, a następnie po rosyjsku:

“Pust wsjegda budiet sołnce!
Pust wsjegda budiet niebo!
Pust wsjegda budiet mama!
Pust wsjegda budu ja!”
[62]

Inni goście ogrodu botanicznego byli zdumieni naszym zachowaniem, jednak nie upominali nas, tylko uśmiechali się pod nosem i ukradkowo zerkali w naszą stronę. Znać było, że postrzegają nas jako dziwne, acz pocieszne istoty. Nasza wesołość, śpiewny nastrój i perliste śmiechy idealnie pasowały do otoczenia.

Również nasz wygląd doskonale wkomponowywał się w atmosferę i stylistykę tego miejsca. Diana miała na sobie elegancką, bladoniebieską bluzkę z uroczymi falbankami i koronkami. Nosiła również ładne, ciemnoniebieskie spodnie i granatowe buty na płaskim obcasie. Jej długie, gęste, kręcone, czarne włosy zdobiła szafirowa opaska. Dziewczyna miała ponadto długie, zadbane, równo opiłowane paznokcie pomalowane na szafirowo. Co do mnie, miałam na sobie skromną, jasnozieloną bluzkę, do której przyczepiony był płaski, okrągły znaczek z napisem “Jestem nołlajfem”. Byłam też ubrana w lekką, zwiewną, ciemnozieloną spódnicę do połowy łydki, białe rajstopy i ciemnozielone buty na płaskiej podeszwie. Moje długie, rude włosy były zaplecione z tyłu głowy w warkocz i związane grubą, kosmatą, trawiastozieloną gumką. Paznokcie miałam krótkie i pomalowane na kolor pistacjowy. Na moim przegubie widniał nieduży, pistacjowy zegarek elektroniczny. Każda z nas nosiła na ramieniu uczelnianą torbę.

Gdy już znudziło nam się śpiewanie dziecięcej piosenki, przez chwilę rozważałyśmy, co dalej robić: kontynuować spacer po ogrodzie czy skierować się do wyjścia i pojechać w inne miejsce. Do następnych zajęć zostały nam tylko dwie godziny, a opuszczony budynek Wydziału Ekonomicznego UHS znajdował się dość daleko. Naszą debatę przerwał hałas dochodzący z altany. Natychmiast zwróciłyśmy wzrok w tamtą stronę. Drzwi altany otworzyły się na oścież i wtedy… blady strach zmroził nam krew w żyłach. Z drewnianej budowli wyszły trzy osoby - dwaj panowie i jedna pani - które spokojnym, acz śmiałym krokiem zaczęły zmierzać w naszą stronę. Wszystkie postaci były odziane bardzo formalnie, ale jakoś tajemniczo i groźnie. Przybysze mieli na sobie ciemne garnitury (kobieta - garsonkę), starannie zawiązane krawaty, białe koszule i czarne okulary przeciwsłoneczne. Każdy z przybyłych posiadał również broń palną, a w uchu - niewielką, białą słuchawkę z zakręconym kabelkiem.

Najbardziej przerażające były twarze tych indywiduów: zimne, surowe i bezwzględne. Wszyscy wyglądali jak ludzie z krwi i kości, ale w ich twarzach było coś nieludzkiego. Coś złowrogiego i sadystycznego. Jeden z mężczyzn, widocznie szef grupy, wysunął się na czoło trzyosobowego pochodu, stanął naprzeciwko nas i obdarzył nas sztucznym, wymuszonym, pozbawionym radości uśmiechem. Kobieta i drugi mężczyzna zatrzymali się kilka kroków za nim, ale każde z nich wzięło do ręki pistolet, jakby chciało zademonstrować gotowość użycia przemocy. Nieznajomi patrzyli na nas w milczeniu, a my stałyśmy bez ruchu, zatrwożone i zdezorientowane. Paraliżował nas strach połączony ze świadomością własnej bezbronności. Oni byli wielcy, pewni siebie, uzbrojeni i nieobliczalni. My byłyśmy małe, słabe, roztrzęsione i kompletnie bezradne. Scenka ta trwała bardzo krótko… może kilka sekund… ale wydawała nam się wiecznością. Nie wiem, jak Diana, ale ja długo nie zapomnę tej traumy.

- Witam, drogie panie! - przemówił z udawaną uprzejmością agent, którego zidentyfikowałam jako dowódcę oddziału. - Miłe spotkanie, i to w wyjątkowo pięknych okolicznościach. Chciałbym, jeśli to nie problem, krótko z paniami porozmawiać. Mam do pań kilka pytań, ale ze względu na ich charakter jestem zmuszony zabrać panie w bezpieczne miejsce. Będą panie uprzejme pójść razem z nami. Nie ma się czego bać, my nikogo nie gryziemy, a jeśli trafiamy na bystre i rozsądne jednostki, współpraca z nimi układa nam się znakomicie.

- Dlaczego udaje pan człowieka, a jest pan programem komputerowym[63]? - zapytałam, żeby przerwać tę niepotrzebną grę pozorów. Dobrze wiedziałam, że on wie, iż ja wiem o jego prawdziwej tożsamości i skrywanych zamiarach.  

- Nigdy nie wiesz, kto czai się w altance - zadrwił mój rozmówca i zarechotał demonicznie.

- Nie wiem? - odpowiedziałam pytaniem. - Ależ wiem, coście za jedni. Pan jest programem komputerowym. Pański kumpel jest programem komputerowym. I ta pani w garsonce też jest programem komputerowym.

- Programką komputerową - poprawiła agentka, potwierdzając tym samym, że zawarte w mojej wypowiedzi założenie jest słuszne.

 - Dość tego, pani Firlej - oświadczył stanowczo herszt bandy, sięgając po broń i celując w moją stronę. Jego podwładni również we mnie wycelowali. - Pani, wraz z panią Bendyk, pójdzie z nami.

- Skoro już mam z państwem iść - zaczęłam, doszedłszy do wniosku, że w tej sytuacji jednak warto grać na czas - to niech przynajmniej się państwo przedstawią, bo nie wiem, jak się do państwa zwracać.

- Smirnow - przedstawił się dowódca agentów.

- Sołowjow - zdradził swoje nazwisko drugi mężczyzna.

- Sorokina - zaprezentowała się programka komputerowa.

- Ruscy agenci? - spytałam z nieukrywanym zaskoczeniem. - A to ciekawe.

Diana spojrzała na mnie z wyrzutem.

- Widzisz, co narobiłaś?! - wykrzyknęła. - Wymyśliłaś śpiewanie rosyjskiej piosenki, więc maszyny pomyślały, że jesteśmy Rosjankami i nasłały na nas ruskich agentów!

- Diewuszka![64] - zawołał lodowatym tonem Smirnow, kierując pistolet w stronę Diany. Pozostali natychmiast go spapugowali. - Ja nie spraszywał twojewo mnienija[65]!

Nie wiedziałam, co robić. Bardzo nie chciałam, żeby nas zgarnęli, bo to oznaczałoby śmierć lub coś jeszcze gorszego. Postanowiłam dalej przedłużać sprawę, przynajmniej do czasu, gdy zmieni się sytuacja albo przyjdzie mi do głowy lepszy pomysł.

Na szczęście, ta frustrująca chwila nie trwała długo.

- Moje studentki pan niepokoi?! - usłyszałam za swoimi plecami znajomy, kobiecy głos wypełniony złością i oburzeniem.

Diana i ja odwróciłyśmy się i zobaczyliśmy Czarną Kaśkę w towarzystwie Jupitera i Avi. Opiekunka roku, stojąca na czele grupy, miała zacięty wyraz twarzy, a w dłoni trzymała broń wycelowaną prosto w agentów. Reszta również była uzbrojona i gotowa do ataku.

- Dziewczęta, odsuńcie się! - rozkazał Jupiter, a ja i moja przyjaciółka zeszłyśmy z drogi, oddając “scenę” naszym obrońcom i napastnikom.

Uzmysłowiłam sobie, że po raz pierwszy w życiu widzę Jupitera i Avi w wersji matrixowej. On był postawnym mężczyzną ubranym w kolorystyce czarnej i ciemnobrązowej. Ona - zgrabną, smukłą kobietą odzianą w całości na biało. Wypada odnotować, że cała drużyna (tzn. Catherine, Jupiter i Avi) nosiła czarne okulary przeciwsłoneczne.  

- Moich studentek nikt nie będzie zaczepiał! - stwierdziła ostrym tonem Catherine i bez ostrzeżenia wystrzeliła z pistoletu.

Diana i ja pobiegłyśmy jeszcze dalej. Schowałyśmy się za olbrzymim, niewiarygodnie grubym bukiem. To właśnie zza tego drzewa obserwowałyśmy rozwój wypadków (jeśli chodzi o torby, zdjęłyśmy je z ramion i położyłyśmy obok siebie. Miałyśmy świadomość, że jeśli będziemy musiały walczyć lub uciekać, bagaże będą dla nas zbędnym obciążeniem. Poza tym, wiedziałyśmy z własnego doświadczenia, że praktycznie każdą torbę można wyciąć z Matrixa i wkleić do programu Konstrukt. Merkuriusz, nasz Anioł Informatyki, jest mistrzem takich operacji).

Agenci okazali się szybsi od wystrzelonej kuli. Sołowjow odskoczył w lewo, Sorokina - w prawo, a Smirnow - do góry. Ten ostatni wylądował na dachu altany i zaczął strzelać do Catherine, która z jednej strony świadomie go prowokowała, a z drugiej - umiejętnie unikała kul. Avi dopadła Sorokinę, która po skoku straciła równowagę, upadła na grządkę z tulipanami i przez chwilę była oszołomiona. Zastępczyni kapitana Alethei kopnęła agentkę w rękę, przez co ta wypuściła z dłoni pistolet. Kobieta chwyciła broń i zaczęła strzelać do przeciwniczki z dwóch pistoletów. Programka komputerowa została podziurawiona, ale nie wyrządziło jej to większej krzywdy. Gdy się podniosła, jej wirtualne ciało się zrosło. Avi próbowała strzelać dalej, jednak w obu pistoletach skończyła się amunicja. Rzuciła więc broń na ziemię i przystąpiła do walki wręcz. Mniej więcej w tym samym czasie skończyła się amunicja Jupiterowi i Sołowjowowi, którzy wcześniej ganiali się nawzajem, chcąc zastrzelić jeden drugiego.

Czarna Kaśka bezskutecznie starała się trafić stojącego na altanie Smirnowa. W końcu straciła wszystkie naboje, a on nadal tam stał, śmiejąc się diabolicznie i usiłując zabić kobietę. Jupiter i Sołowjow - w ferworze bójki połączonej ze skokami i bieganiną - znaleźli się dość daleko od reszty. W pewnym momencie kapitan Alethei kopnął agenta tak mocno, że poleciał on do tyłu i wpadł do niewielkiego oczka wodnego. Oczko okazało się dość głębokie, a Sołowjow nie umiał pływać, więc został tymczasowo wyeliminowany z walki.

- Ja was najdu! Ja was unićtożu[66]! - ryczał agent, szamocząc się w wodzie.

- Nie budtie tak uwierieny[67]! - zripostował Jupiter.

- Ja budu was iskat po wsjej Matricy[68]! - wygrażał się dalej tonący.

Avi wciąż zmagała się z Sorokiną. Nagle agentka wyrwała z ziemi wysoką tabliczkę zawierającą nazwę którejś z roślin. Oderwała od tabliczki informacyjny prostokąt, zostawiając sam metalowy trzon. Avi zareagowała analogicznym zachowaniem. Wyrwała inną tabliczkę, oderwała część informacyjną i zatrzymała żelazny drąg. Kobieta i programka komputerowa zaczęły się pojedynkować, wykorzystując pręty w taki sposób, jakby to były kije do karate. Trzeba przyznać, że wydarzenia, które śledziłam zza wielkiego buku, były fascynujące. Równie fascynująca była sceneria, w której to wszystko się rozgrywało. Podczas zadymy ulegało zniszczeniu wiele kwiatów. Gwałtowne ruchy powodowały, że raz po raz unosiły się w powietrze barwne płatki lub ich kawałki. Różowe, czerwone, żółte, pomarańczowe, białe, niebieskie, fioletowe… Te zachwycające twory natury były później porywane przez wiosenny wiatr. Kolorowa zamieć, widok rodem z japońskich filmów animowanych.

Wróćmy jednak do samej awantury. Catherine nie traciła z oczu Smirnowa, który nadal miał naładowany pistolet i stanowił zagrożenie dla wszystkich ludzi w tej części ogrodu botanicznego. Kobieta starała się skupić całą jego uwagę na sobie.

- Strieljaj! Ubiwaj[69]! - krzyczała do niego prowokacyjnie, a gdy mężczyzna strzelał, błyskawicznie odskakiwała w bok.

Jupiter inteligentnie wykorzystał fakt, że Smirnow skoncentrował się wyłącznie na strzelaniu do Czarnej Kaśki. Powoli, niepostrzeżenie stanął za altanką, a potem wskoczył na dach i zrzucił z niego agenta. Program komputerowy - spadając z drewnianej budowli - wypuścił z dłoni pistolet. Broń palna trafiła w ręce Catherine. Kapitan naszego statku zeskoczył z altany, rzucił się na leżącego Smirnowa i zaczął go bić. Avi i Sorokina kontynuowały pojedynek na trzony od tabliczek, a Sołowjow jeszcze nie wydostał się z oczka wodnego. Czarna Kaśka chwilowo była wolna.

- Za mną! - wrzasnęła do mnie i mojej przyjaciółki. Opiekunka roku zaczęła iść szybkim krokiem przed siebie, a my podążyłyśmy za nią.

Catherine, Diana i ja zostawiłyśmy w tyle dwie walczące pary i topiącego się Sołowjowa. Początkowo nie wiedziałam, dokąd zmierzamy, ale po chwili zrozumiałam, że w stronę wysokiego, masywnego, kamiennego ogrodzenia. Czarna Kaśka zatrzymała się na moment. My też przystanęłyśmy.

- Widzą panie to ogrodzenie? - spytała retorycznie kobieta, a my skinęłyśmy głowami. - Podbiegniemy do niego, a gdy powiem: “Hop!”, przeskoczymy na drugą stronę. Czy to jest jasne?

- Tak - odpowiedziałam.

- Tak - potwierdziła Diana.

- Zatem biegniemy - zarządziła opiekunka roku. - Raz… dwa… trzy!

Zaczęłyśmy biec ile sił w nogach. Gnałyśmy naprawdę szybko. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek - w czasach mojego nieświadomego życia w Matriksie - potrafiła mknąć z taką prędkością. Wątpię również, że potrafiłabym tak zasuwać w Realnym Świecie. Kamienne ogrodzenie było coraz bliżej. Istniało ryzyko, że jeśli coś nam nie wyjdzie, to po prostu się rozbijemy i skończymy jako trzy czerwone plamy. Nie było jednak czasu na snucie takich makabrycznych wizji.

- Hop! - krzyknęła w odpowiednim momencie Catherine.

- Jak Wałęsa[70]! - zawołałam w ramach komentarza.

Oderwałyśmy się od ziemi i wykonałyśmy wspaniały (nienaturalnie wysoki i nienaturalnie daleki) skok. Do takich skoków są zdolni wyłącznie świadomi użytkownicy Matrixa, którzy wiedzą, że otaczający ich świat jest czymś umownym i że można naginać obowiązujące w nim reguły. Ten skok uratował nam życie, ponieważ oddzielił nas od trojga agentów.

Niestety, miał też swoją cenę. Cenę, która - w moim odczuciu - była dość wysoka. Leciało mi się świetnie, ale tylko od momentu odbicia do osiągnięcia punktu szczytowego. Po drugiej stronie muru, gdy zaczęłam stopniowo opadać, ruch powietrza uniósł mi spódnicę, odsłaniając moje trawiastozielone majtki. Nieświadomi mieszkańcy Matrixa, którzy to widzieli (starsza pani z pieskiem na smyczy, młode małżeństwo z bliźniętami w wózku i samotny student z słuchawkami w uszach) mieli kino za darmo. No, naprawdę! Powrót Marilyn Monroe[71]! Cała scena musiała wyglądać arcymalowniczo, tym bardziej, że miałam ręce wyciągnięte na wzór litery “Y“ i jedną nogę lekko podkurczoną! Założę się, że jeśli moje wspomnienia zostaną kiedyś zekranizowane, to fragment z zadartą spódnicą zostanie mocno wyeksponowany. Spodziewam się zwolnionego tempa i odpowiedniej oprawy dźwiękowej. Dziewczyny, dam wam dobrą radę: nigdy nie zapominajcie, że strój musi być odpowiedni do sytuacji!

Czarna Kaśka wylądowała z perfekcyjnym telemarkiem, a Diana i ja - dość pokracznie. Wyprostowałyśmy się i stałyśmy przez moment w milczeniu. Rozejrzałam się wokół siebie. Znajdowałyśmy się po drugiej stronie ogrodu botanicznego, bardzo daleko od bramy głównej i przystanku autobusowego. Stałyśmy na chodniku, a obok nas rozciągała się średnio ruchliwa ulica. Po przeciwnej stronie jezdni wznosił się morelowy budynek opatrzony szyldem “Zakład Doskonalenia Zawodowego”. Na dachu tegoż budynku siedziało kilka gołębi, które zajmowały się swoimi sprawami, zupełnie nie zwracając uwagi na ludzi. Temperatura powietrza nadal była wysoka, kolor nieba wciąż zachwycał swoim odcieniem. Obok budynku ZDZ-u spostrzegłam kilka krzewów forsycji, których kwiaty żółciły się beztrosko, dodając uroku temu nudnemu miejscu. Wszystko wydawało się takie spokojne. Wirtualny świat sprawiał wrażenie, jakby nie przejmował się ludzkimi zmartwieniami ani swoją własną fałszywością.

Przypomniał mi się fragment jednej z książek Lucy Maud Montgomery, mówiący o tym, że niezależnie od tego, co się wydarzy, słońce i tak “wstanie i zajdzie”[72]. Chciałabym wierzyć w prawdziwość tych słów. Dla kogoś, kto był w Realnym Świecie, takie stwierdzenia wcale nie są oczywiste. Nieświadomi użytkownicy Matrixa nie mają jeszcze powodu, żeby się martwić brakiem wschodów i zachodów słońca. Ale, jak już ustaliliśmy, w przyszłości wszystko może się zmienić. Parafrazując fragment wiersza Jana Twardowskiego: “Śpieszmy się kochać to, co mamy. Tak szybko to tracimy”[73]. Miłujmy życie, zdrowie, ludzi, zwierzęta, rośliny, krajobrazy i dziedzictwo kulturowe, albowiem jutro możemy zostać ograbieni z tych skarbów. Każdy, kto został odłączony od Matrixa, wie, jak to jest, gdy się traci cały świat i całą stabilną egzystencję. Jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogą nas spotkać, to niemożność odzyskania tego, co zostało nam odebrane. Dlatego tak się złościłam, że nie mogę wrócić do Matrixa.

- Powinna była pani wybrać niebieską pigułkę - odezwała się Catherine. Przemówiła do mnie inaczej niż zwykle. W jej głosie nie było słychać gniewu, zbulwersowania, ironii ani przekąsu. Dało się za to wyczuć pewien smutek.

- Nie, pani doktor - odparłam zdecydowanym tonem i spojrzałam na nią wyzywająco. - To pani powinna była wybrać niebieską pigułkę. Wie pani, dlaczego? Bo to pani cierpi z powodu znajomości prawdy. To pani ma problem z tą świadomością. A mnie zdobyta wiedza w niczym nie przeszkadza: ani w cieszeniu się życiem, ani w poszukiwaniu wrażeń, ani w miłowaniu piękna. Uważa pani, że jestem słaba psychicznie? Nie, pani doktor. To pani jest słaba. To pani nie może sobie poradzić ze znajomością prawdziwego oblicza rzeczywistości. Jeśli istnieje osoba, której niebieska pigułka mogłaby pomóc, to jest nią właśnie pani.  

Byłam przekonana, że Czarna Kaśka zmarszczy brwi, rzuci jakąś ciętą ripostę, zagrozi mi wydaleniem z uniwersytetu albo po prostu mnie wyśmieje. Jednak nic takiego się nie stało. Kobieta stała przez moment w zamyśleniu, a potem westchnęła:

- To moja wina.

- Co takiego? - zapytałam, nie rozumiejąc, co moja rozmówczyni ma na myśli.

- Ta sprawa z agentami - wyjaśniła opiekunka roku. - To wyłącznie moja wina. To ja naraziłam panią i innych studentów na niebezpieczeństwo. Zapomniałam, jak to jest, gdy się ma dziewiętnaście-dwadzieścia lat i oczy nieprzyzwyczajone do oglądania Realnego Świata. Gdy sobie o tym przypomniałam, było już za późno.

- Lepiej późno niż wcale - zauważyłam.

- Zmuszałam państwa do przebywania w miejscu, które jest mniej atrakcyjne od tego, do którego się państwo przyzwyczaili - ciągnęła ponuro Catherine. - Nie zaproponowałam państwu żadnej ciekawej alternatywy dla dotychczasowych pasji i rozrywek. Bagatelizowałam państwa rozterki, zwalczałam samodzielne myślenie. Nie chciałam państwa podłączać nie tylko do Matrixa, ale również do bezpiecznych programów stworzonych przez ludzi. Po co te programy istnieją? Po to, żeby się kurzyły na półce, czy po to, żeby ludzie z nich korzystali? Proszę nie odpowiadać, pytam retorycznie. Trzymałam państwa pod kloszem… jak ptaki w klatce. Trwało to bardzo długo: kilka miesięcy. Pani i cztery inne dziewczęta rozpoczęły studia na kierunku Matrix Studies. Czworo innych studentów zdecydowało się na Matrixologię. A ja uparcie kontynuowałam swoją politykę. Kiedy wy, dziewczyny z Matrix Studies, usłyszałyście na uczelni, że tym razem zajęcia odbędą się w Matriksie, rzuciłyście się na fotele jak głodne psy na ochłap mięsa. Gdy, już w wirtualnej rzeczywistości, jeden z wykładowców zaczął się spóźniać, z radością przyjęłyście perspektywę “okienka”. Tak długo nie było was w elektronicznym świecie, że teraz po prostu chciałyście się nim nacieszyć. Ta irracjonalna potrzeba okazała się silniejsza od zdrowego rozsądku. Po opuszczeniu budynku Wydziału Ekonomicznego UHS znalazłyście się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Czyja to wina? Wasza? Nie, moja. Bo to ja doprowadziłam was do tego desperackiego kroku. Gdyby agenci zrobili wam coś złego, odpowiedzialność za tę tragedię spoczywałaby na mnie, a wyrzuty sumienia nie pozwoliłyby mi normalnie funkcjonować. Popełniłam błąd. Wyrządziłam wam krzywdę. Przepraszam i proszę o przebaczenie!

* * *

Spóźnialski profesor, z zajęć którego uciekliśmy, nie potraktował nas jakoś szczególnie ostro. Nie prawił nam kazań, nie posądził nas o zdradę ludzkiej rasy. Wpisał nam jednak nieobecności i zakomunikował, że będziemy musieli samodzielnie nadrobić materiał oraz przygotować referaty związane z zaległym tematem. Ci, którzy się obawiali, że sprawa ucieczki trafi do dziekana lub rektora, mogli odetchnąć z ulgą. Nic takiego się nie wydarzyło. W trakcie niedzielnych ćwiczeń z psychologii społecznej odwiedził nas jednak opiekun rocznika (przypominam: rok i rocznik to dwie zupełnie różne rzeczy!) i oficjalnie skrytykował nasze “nieodpowiedzialne zachowanie w wirtualnej rzeczywistości”. Ostrzegł nas również, że następnym razem zostaniemy potraktowani mniej pobłażliwie. Opiekun rocznika (czy wspominałam, że jego imię lub pseudonim brzmi Zip?) wypowiedział także sporo krytycznych słów pod moim adresem, ponieważ to właśnie ja byłam pomysłodawczynią całego wybryku.

Jak on się dowiedział, że pomysł ucieczki wyszedł ode mnie? I skąd mógł wiedzieć, że słyszeliśmy kroki zbliżającego się wykładowcy? Czyżby ktoś z naszej grupy okazał się donosicielem? Nic z tych rzeczy. Zip wyjaśnił, że ustalił te fakty razem z uczelnianym operatorem mającym dostęp do zapisów komputerowych. Z analizy Zielonego Kodu jednoznacznie wynikało, że słowa “Robimy listę i idziemy” wypowiedziała Anna Firlej. Opiekun rocznika powiedział nam również kilka zdań na temat rozchodzenia się dźwięku w Matriksie i w Realnym Świecie. Oświecił nas, że jeśli weźmiemy pod uwagę odpowiednie dane (np. odległości) i dokonamy stosownych obliczeń, uzyskamy wynik sugerujący, że musieliśmy słyszeć kroki nadchodzącego profesora. Rozbawiła mnie ta jego drobiazgowość. Powiedziałam mu otwarcie, że sprawa dotyczy bandy dzieciaków, które uciekły z wykładu, a wydruki komputerowe są badane z taką skrupulatnością, jakby to były czarne skrzynki z rozbitego samolotu.

A co z Czarną Kaśką i resztą moich “poduszkowcowych domowników”? Zaraz po tym, jak Catherine pokajała się przede mną za swoje niewybaczalne błędy, zadałam jej pytanie: “A po co my tu stoimy?”. Kobieta odpowiedziała, że czekamy na Juwenalisa, który odnalazł Polę, Ksenię i Dankę i który zaraz przywiezie je tutaj samochodem. Chwilę później nadjechało eleganckie, czarne auto z przyciemnionymi szybami. Przez drzwi kierowcy wyszedł doktor habilitowany (kolejny człowiek, którego wcześniej znałam tylko w wersji realnoświatowej!). Przez drzwi pasażerów - moje trzy koleżanki z Matrix Studies. My wszyscy (tzn. cała siódemka) przeszliśmy na drugą stronę ulicy, włamaliśmy się do budynku Zakładu Doskonalenia Zawodowego i poszliśmy do sekretariatu, w którym dryndał telefon stacjonarny. Wiedzieliśmy, że dzwoni Merkuriusz, nasz Anioł Informatyki, chcący nas wylogować z Matrixa. Każdy z nas przykładał słuchawkę do ucha, znikał z wirtualnej rzeczywistości i budził się w Realnym Świecie.

Po opisanej w tym rozdziale przygodzie (z ruskimi agentami w roli głównej) na Alethei dużo się zmieniło. Nie chodzi mi tutaj o aspekt materialny, tylko o atmosferę i relacje międzyludzkie. Ale o tym opowiem innym razem.

CIĄG DALSZY NASTĄPI



******************************
PRZYPISY (numeracja ciągła)
******************************


[55] Polski tekst utworu zaczerpnęłam ze strony: http://www.karolinkaprzedszkole.pl/grupy/piosenki/

[56] Zaintrygowanych odsyłam do publikacji “Św. Krzysztof i psiogłowcy” przygotowanej przez autora podpisującego się jako Georgi Gruew (http://arthistery.blogspot.com/2010/10/sw-krzysztof-i-psiogowcy.html).

[57] Akcja “Matrixa: Księgi Nołlajfów. Ani z Zielonego Kodu” rozgrywa się kilkanaście lat po wydarzeniach przedstawionych w “Matriksie. Reaktywacji” i “Matriksie. Rewolucjach”. Ilu naturalnie urodzonych ludzi żyło w Syjonie przed wojną będącą tematem tych dwóch filmów? Niestety, nie posiadam takiej informacji. Wiem jednak, że wszystkich (rodowitych i napływowych) mieszkańców Syjonu było przed inwazją maszyn 250 tysięcy. Można to wywnioskować z jednego z polilogów zawartych w “Reaktywacji”: “- Ćwierć miliona Strażników? - Tak. - Niemożliwe. - Czemu? - Po jednym na każdego mieszkańca Zionu”. Słowa te sugerują, że liczba ludności Syjonu wynosiła wówczas 250 tysięcy. Trzeba przyznać, że było to tragicznie mało jak na ostatnią ludzką osadę. Dla porównania, Gdynia ma 248726 mieszkańców, Częstochowa - 234472, a Białystok - 294921 (dane z 2012 roku. Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Miasta_w_Polsce_%28statystyki%29). W świecie z “Księgi Nołlajfów” drastycznie zmniejsza się liczba naturalnie urodzonych Syjonitów, a zwiększa liczba imigrantów z Matrixa (ludzi sztucznie produkowanych przez wrogów i odróżniających się wizualnie od rdzennej ludności miasta). Do tego wątku jeszcze kiedyś powrócę.  

[58] Motyw opychania się pierogami należy traktować jako aluzję do sceny z pierwszej części “Matrixa”, w której Cypher - zbrodniarz, sprzedawczyk i matrixofil - filozofuje nad porcją befsztyku. Scena ta była zresztą omawiana w trzecim rozdziale niniejszego fan fiction. W interesującym nas fragmencie “Matrixa” Cypher mówi do agenta Smitha: “Niesamowite. Wiem, że ten befsztyk nie istnieje. I wiem, że gdy włożę go do ust, Matrix powie mojemu mózgowi, że jest soczysty i pyszny. Wie pan, co stwierdzam po dziewięciu latach? Niewiedza to błogosławieństwo”. Przypomnę, że w trzecim rozdziale “Księgi Nołlajfów” znalazły się także nawiązania do popularnego, internetowego filmiku “Janusz Korwin-Mikke masakruje młodego lewaka” (patrz: przypisy 44 i 45). Tak się składa, że w tym materiale video padają słowa: “Celem życia nie jest przeżycie. (…) Ludzie mają swoje cele, mają swoje ambicje, mają swoje ideały i za to walczą i umierają. A pan chce tylko żyć. Niech pan sobie żre i żyje dalej. (…) Ja nie jestem wyprowadzony z równowagi, proszę pana, tylko usiłowałem podkreślić dobitnie, że mnie brzydzą tego typu poglądy, że najważniejsze jest się dobrze nażreć”. Aluzje literackie do wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego pojawiły się w kontekście krytyki użytkowników Matrixa. Zatem motyw pierogów należy również wiązać z motywem rurkowców.  

[59] Wywód Ani Firlej o niebie i chmurach stanowi nawiązanie do wywodu Ani Shirley o przylaszczkach: “— Tak mi żal ludzi mieszkających w krajach, gdzie nie ma przylaszczek! — mówiła Ania. — Diana twierdzi, iż ludzie ci posiadają zapewne coś innego, ale czyż może istnieć coś piękniejszego od przylaszczek? Jak Maryla sądzi? Chyba nie! Diana mówi, że jeśli nie znają przylaszczek, to nie mogą tęsknić za nimi. Ale mnie to właśnie wydaje się najsmutniejsze. Uważam, że byłoby wprost tragiczne nie znać ich i nie tęsknić do nich! Czy Maryla wie, jak ja sobie wyobrażam, czym są przylaszczki? Sądzę, że muszą to być duszyczki tych kwiatów, które zwiędły poprzedniego lata i tutaj znalazły swój raj”. Źródło: L.M. Montgomery, “Ania z Zielonego Wzgórza”, tłum. R. Bernsteinowa.  

[60] Cytat dotyczący bramy ogrodu: “Mary wsunęła ręce pod liście i poczęła je rozgarniać na boki. Gęsto wiszący bluszcz tworzył jakby luźną, powiewną zasłonę, chociaż część gałęzi pięła się na drzewo i po żelazie. Serce dziewczynki poczęło bić jak młotem, a ręce drżeć ze szczęścia i podniecenia. A rudzik śpiewał i ćwierkał dalej, tak przechylając główkę, jakby i on czuł się podniecony. Mary poczuła pod ręką kwadratowy, żelazny zamek z otworem na klucz”. Źródło: F.H. Burnett, “Tajemniczy Ogród”, tłum. J. Włodarkiewiczowa (cyt. za: http://pl.wikiquote.org/wiki/Tajemniczy_ogr%C3%B3d).

[61] Zob. również: rozdział trzeci (wypowiedź doktora Romulusa na temat upadku ludzkiej cywilizacji) i przypis 49 (odwołanie do serii “Animatrix” i dwóch stron internetowych).  

[62] Polska transkrypcja opracowana na podstawie tekstu rosyjskiego dostępnego na stronie: http://www.mamalisa.com/?t=es&p=2485&c=157

[63] Aluzja literacka do słynnego pytania zadanego Donaldowi Tuskowi przez gorzowską licealistkę Marię Sokołowską. Oto, jak Sokołowska zrelacjonowała swoje wystąpienie w wywiadzie dla TVP Gorzów Wielkopolski: “Zapytałam pana Donalda Tuska, dlaczego udaje takiego patriotę, a jest zdrajcą Polski. I odpowiedział mi, że mam poczucie humoru, a pani, która była koło niego, się zaśmiała. Jak widać, dziwny z niego człowiek” (http://www.youtube.com/watch?v=hFoIfqF9dHI).

[64] Ros. “Dziewczyno!” lub “Panienko!”.

[65] Ros. “Nie pytałem cię o zdanie!”.  

[66] Ros. “Znajdę pana! Zniszczę pana!”.

[67] Ros. “Niech pan nie będzie taki pewny!”.

[68] Ros. “Będę pana szukać po całym Matriksie!”.

[69] Ros. “Strzelaj! Zabijaj!”.

[70] Legenda głosi, że podczas strajku w Stoczni Gdańskiej (1980 r.) Lech Wałęsa dokonał spektakularnego skoku przez ogrodzenie. Problem w tym, że inni uczestnicy protestu nie mogą sobie tego przypomnieć. Relacje samego Wałęsy również są nieścisłe. Nie wiadomo nawet, czy przywódca “Solidarności” przeskoczył przez mur czy przez płot. W artykule “Mityczny skok Lecha Wałęsy” możemy przeczytać: “Historycy od lat głowią się gdzie i jak Lech Wałęsa dostał się do stoczni. (…) W jednym z hipotetycznych miejsc skoku jest okolicznościowa tablica. Tylko ceglany mur ma tam aż 3,5 metra wysokości. - Ale jak udowadniają uprawiający parcour, czyli skoki po dachach, murach i ścianach dla osób nie trenujących byłoby to bardzo ciężkie” (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/mityczny-skok-lecha-walesy,142933.html). Dodajmy, że - według twórcy publikacji “Niscy rządzą w polityce” - słynny przywódca “Solidarności” ma tylko 169 cm wzrostu (http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/galeria/374558,6,niscy-w-polityce.html).

[71] Nawiązanie do filmu “Słomiany wdowiec” (“The Sever Year Itch”) z 1955 roku, w którym “nagły podmuch powietrza z klatki wentylacyjnej metra podwiewa białą suknię pięknej blondynki i odsłania jej uda. Kobieta, kokieteryjnie się uśmiechając, próbuje zapanować nad fruwającym materiałem. Postać grana przez Marilyn Monroe (…) nie miała nawet imienia i była w scenariuszu określana po prostu jako ‘Dziewczyna‘. Jednak strój, którą miała na sobie przeszedł do historii” (http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,107881,9813754,Sukienka_Marilyn_Monroe_sprzedana_za_4_6_mln_dolarow.html).

[72] Chodzi tutaj o ostatni akapit listu Ani Shirley do Diany Barry: “Ach, Diano, gdybyż tylko ten egzamin z geometrii już minął! Pani Linde powiedziałaby, że słońce wstanie i zajdzie bez względu na to, czy przepadnę z geometrii, czy też nie. Jest to prawda, ale niestety, wcale nie pocieszająca. Ja wolałabym, by raczej nie wstało, gdybym się ścięła!” (L.M. Montgomery, “Ania z Zielonego Wzgórza”, tłum. R. Bernsteinowa).

[73] Oryginalny cytat: “Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą”. Pełna treść wiersza znajduje się na stronie: http://www.fuw.edu.pl/~jziel/spieszmy.html
 

Matrix: Księga Nołlajfów. Ania z Zielonego Kodu (cz. 4)

Autor: njnowak | Kategorie:
Tagi: fan fiction, księga nołlajfów, matrix, syjon, zion
05. czerwca 2014 23:34:00

ROZDZIAŁ TRZECI
Niebiescy i czerwoni





„Pewien profesor zebrał młodych ludzi
I ukrył ich z daleka od reszty świata
Chcę być wśród tych, którzy spacerują w słońcu
Nołlajfy - one chcą się bawić!
Och, nołlajfy po prostu chcą się bawić!

To jest to, czego naprawdę chcą
Odrobina zabawy
Gdy dzień pracy jest zakończony
Nołlajfy - one chcą się bawić!
Och, nołlajfy po prostu chcą się bawić!”

Sparafrazowany fragment piosenki
„Girls Just Want To Have Fun” Cyndi Lauper[35]




Mądrzy ludzie mawiają, że jeśli ktoś nie chce nas wpuścić drzwiami, to powinniśmy wejść oknem. Zarejestrowałam się na Matrix Studies, bo pomyślałam, że skoro Czarna Kaśka sprzeciwia się bezcelowemu odwiedzaniu Matrixa, to teraz będzie miała ważny powód, żeby nas tam wysyłać. Oczywiście, od samego początku było jasne, że prędzej czy później wrócimy do Matrixa. Wszak głównym celem projektu Dedalusa było znalezienie grupy młodych, zdolnych ludzi gotowych pisać prace dyplomowe o życiu w wirtualnej rzeczywistości. Wydedukowałam sobie jednak, że MS to specyficzny kierunek, który bardziej niż jakikolwiek inny wymaga regularnego odwiedzania Matrixa i kontaktów z jego mieszkańcami. A o to mi właśnie chodziło. Nie zrozumcie mnie źle: wcale nie żałuję, że nie wybrałam niebieskiej pigułki. Bardzo się cieszę, że poznałam prawdę o sobie i świecie.

Ale - mówiąc słowami pewnej znanej Obrończyni Krzyża - mam też “życie, które prowadzę całe życie”[36]. W Matriksie zostawiłam rodzinę, koleżanki i bardzo fajne studia na Uniwersytecie Henryka Sienkiewicza. To nie jest tak, że odkąd obudziłam się w Realnym Świecie, przekreśliłam wszystkie swoje dotychczasowe działania, dążenia, relacje i znajomości. Nie uznałam ich za niebyłe, nieważne ani nieznaczące. Przeżyć bardzo dużo, a potem twierdzić, że się niczego nie przeżyło? To idiotyzm. Człowiek może tak mówić, ale i tak nie będzie w stanie w to uwierzyć. Wszystko, co przeżywamy… obojętnie, jak i gdzie… staje się przecież częścią naszej biografii. Nawet sen, fantazja i emocje związane z różnymi czynnościami. Nie pomyślcie sobie, że jestem jakimś odszczepieńcem, ale naprawdę tęsknię za domem, uczelnią i bliskimi ludźmi. A oni pewnie rozpaczają, bo przepadłam jak kamień w wodę.

Pierwsze miesiące na statku Aletheia były straszne. Obce miejsce, obcy ludzie, obce okoliczności. Ubóstwo, rygor i brak jakiegokolwiek wsparcia. Czułam się uwięziona i osamotniona. Dokuczało mi przeświadczenie, że - siedząc w tym starym gruchocie - marnuję swoje życie. Słysząc bez ustanku, że dopiero teraz zaczęłam żyć naprawdę, zastanawiałam się, czy nie jestem szalona. To było iście orwellowskie pomieszanie pojęć. Wolność to niewola, życie to nieżycie, frasunek to szczęście[37]. Brakowało mi wszystkiego: muralu przedstawiającego odsiecz wiedeńską, restauracji stylizowanej na domek zakopiański, pachnącego kadzidełkami sklepu indyjskiego itd. W Realnym Świecie nie mogłam nawet słuchać ulubionych piosenek ani czytać książek stojących (w szeregu, jak wojsko) na mojej sosnowej półce. Co gorsza, byłam odcięta od informacji o moich rodzicach i rodzeństwie.

Catherine podchodziła do moich dylematów z politowaniem, ale i lekkim niepokojem.

- Ludzie tacy, jak pani Firlej, są potencjalnie niebezpieczni - powiedziała kiedyś do Jupitera, nie przejmując się faktem, że ją słyszę. - Na razie jest tylko zagubioną, trochę przekorną nastolatką, która nie może wielu rzeczy zrozumieć. Ale za kilka lat może być groźna. To właśnie z tej kategorii… z kategorii ludzi wygodnickich, przyziemnych, kochających luksus, zabawę i beztroskę… rekrutują się najwięksi zdrajcy i kolaboranci. Kiedy słucham jej wypowiedzi, pełnych pretensji i niezadowolenia, gloryfikujących Matrix, podważających granicę między realnością a nierealnością, przychodzi mi na myśl pewna paskudna postać z historii najnowszej, a mianowicie Cypher[38]. To jest dokładnie ten sam typ człowieka. Czasem myślę, że takich ludzi powinno się prewencyjnie poddawać eutanazji. Zobaczysz, Jupiterze, że ta dziewucha sprowadzi na nas kłopoty. I wcale się nie zdziwię, jeśli się okaże, że zrobiła to specjalnie.

- Kto to był Cypher? - chciał wiedzieć Gilbert, pupilek Czarnej Kaśki.

- Załogant Nabuchodonozora, który miał takie poglądy jak pani Firlej - odparła kobieta, pogardliwie wskazując mnie ruchem głowy. - Taki, jak wy to nazywacie, nołlajf, który przez dziewięć lat działał w ruchu oporu, pracując dla Morfeusza i pomagając mu w poszukiwaniu Wybrańca. Jak przyszło co do czego, wydał Morfeusza agentom, żądając za to sławy i bogactwa w Matriksie oraz całkowitego zapomnienia o Realnym Świecie. Zawarł układ ze Smithem, programem-zbrodniarzem, siedząc w restauracji i głupkowato filozofując nad befsztykiem. Chcąc udowodnić swoje przekonania, zamordował Apoca i Switch, a potem sam zginął z ręki Tanka.  

- A ten befsztyk był pieczony czy gotowany? - zapytałam z zaciekawieniem, nawiązując do antropologii strukturalnej. - Bo to zmienia istotę rzeczy.

- Pieczony - domyślił się Doc.

- Gotowany - próbował zgadnąć Bat.

- Jeśli pieczony, to wszystko się potwierdza - zauważyłam. - Morfeusz i Neo żywili się gotowanym na Nabuchodonozorze, a Cypher i Smith jedli pieczone w Matriksie. Morfeusz wolał czerwoną pigułkę, Cypher niebieską. Morfeusz preferował Realny Świat, Cypher - wirtualną rzeczywistość. Morfeusz godził się na skromność, Cypher marzył o wystawności. Morfeusz był odważny i lojalny, Cypher - tchórzliwy i zdradziecki. Morfeusz cenił Neo, Cypher nim gardził. Morfeusz wierzył w przepowiednie, Cypher je kwestionował. Morfeusz przeżył, Cypher został zabity. Gotowane to życie, pieczone to śmierć. Wszystko się zgadza. Levi-Strauss miał rację. Jedna opozycja binarna pociąga za sobą inne opozycje binarne[39].

Jak to było z rejestracją na studia? W pierwszą sobotę po naszym przebudzeniu Aletheia wylądowała w Syjonie, a my, razem z opiekunką roku, udaliśmy się do siedziby głównej Uniwersytetu. Syjon to miasto ukryte głęboko pod ziemią, niedaleko jądra naszej planety[40]. Nie jest on jakoś szczególnie rozległy, ale jest głęboki: składa się z wielu poziomów, które można pokonywać schodami lub windami. Gdy przyglądałam się jego architekturze, doszłam do wniosku, że jej projektant musiał się inspirować filmem “Metropolis” Fritza Langa[41]. Już sam pomysł, że pod powierzchnią ziemi można wybudować dużą osadę, wydaje mi się zerżnięty z rzeczonego filmu. Syjon ma cechy zarówno powierzchniowego Metropolis, jak i podziemnej Otchłani. Charakterystyczne mosty-ulice jednoznacznie kojarzą mi się z Metropolis. A Świątynia jest podobna do Katakumb w Otchłani (uwielbianych przez Marię).

Miasto, które tamtego dnia stało się “moim” miastem, jest w dużej mierze zbudowane z metalu. Nawiązując do Kelthuza, można by powiedzieć: “ziemia żelaza”[42]. O tym, że jest to miejscowość niegrzesząca zamożnością, świadczy fakt, że jej stan nie różni się zbytnio od stanu Alethei. Brud, korozja, uszkodzenia… Standard, do którego zdążyłam się już przyzwyczaić. Ciekawy jest ubiór rdzennych mieszkańców osady. Znaczna część Syjonitów nosi bowiem stroje mogące się kojarzyć z miejscem pradawnym i egzotycznym. Czyżby starożytny Bliski Wschód? Nie wiem, ale nie byłoby to dziwne w kontekście biblijnej nazwy miasta. Syjon jest osadą niezwykłą, gdyż łączy w sobie elementy dwóch porządków: nowoczesności (wysoka technologia) i historyczności (stroje, zwyczaje). Antropologowie kulturowi, odłączeni od Matrixa, mieliby tu dużo do badania. Sęk w tym, że to Syjonici pragną badać Matrix.  

Gdy my, studenci i Czarna Kaśka, dotarliśmy do budynku Uniwersytetu, zostaliśmy skierowani do wielkiej auli, w której siedziały już setki młodych ludzi. Uczestnicy projektu Dedalusa… Zdolna młodzież z całego Matrixa… Mieszkańcy kilkudziesięciu poduszkowców… Nie byliśmy ostatnią grupą, która weszła do sali. Po nas przyszło jeszcze kilka oddziałów. Gdy pracownicy uczelni mieli już pewność, że przybyli wszyscy, którzy mieli przybyć, odbyła się krótka uroczystość inauguracyjna. Przemawiali: rektor, dziekan WNSiH i Dedalus. Zaintrygowało mnie to, że o ile ci pierwsi mówili wyłącznie po angielsku i francusku, o tyle Dedalus używał języków wszystkich narodowości uczestniczących w przedsięwzięciu. Także języka polskiego. “Jak to możliwe?” - pomyślałam. A potem zrozumiałam, że w XXIII wieku można wgrać do ludzkiego mózgu dowolne kody językowe.

Kiedy profesor skończył przemawiać, jakaś młoda kobieta, zapewne doktorantka, rozdała nam formularze do wypełnienia. Ech, Matuchno! Znowu te papierki! Chyba nigdy się od nich nie uwolnię! Można uciec z wirtualnej rzeczywistości, ale przed biurokracją nie ma ucieczki. Ona dopadnie nas wszędzie. Jak wyrzut sumienia, jak czkawka, jak głupawka. Mogłam w myślach zanucić: “PIT-y, NIP-y i REGON-y, wszystko papier popieprzony…”[43]. Ale nie zrobiłam tego, bo wiedziałam, że tym razem biurokracja jest uzasadniona i wskazana. Trzeba wszak wybrać kierunek studiów (dla ciekawych: my, Polacy, wypełnialiśmy druczki polskojęzyczne). Gdy już dopełniliśmy formalności, rektor zarządził dwugodzinną przerwę. Dla nas miała to być chwila wytchnienia, a dla pracowników Uniwersytetu - czas na rozpatrzenie naszych kandydatur. Po przerwie miało się rozstrzygnąć, które kierunki zostały uruchomione i kto się na nie dostał.  

Diana (moja bliska przyjaciółka, poznana jeszcze w liceum) i ja wyszłyśmy z pomieszczenia, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. W korytarzu, na metalowym stoliczku, zauważyłyśmy jakieś broszurki, więc wzięłyśmy po jednym egzemplarzu i wyszłyśmy z budynku. Usiadłyśmy na ziemi… to znaczy: na podłodze… i oparłyśmy się o ścianę. Towarzyszyło temu specyficzne uczucie, gdyż każda z nas ma gniazdko w głowie i szereg gniazdek wzdłuż kręgosłupa. Zdecydowałyśmy, że dla zabicia czasu przejrzymy broszury i porozmawiamy na ich temat. Tak się złożyło, że niedaleko nas przystanęli dwaj naturalnie urodzeni mężczyźni. Wyglądali na inteligentnych i pewnych siebie. Mogli być nauczycielami akademickimi. Diana i ja mimowolnie stałyśmy się świadkami arcyciekawego dialogu (rozmowa była anglojęzyczna, ale przytoczę ją w języku polskim. Zawsze będę tak robić):

- Jestem za ograniczeniem liczby ludzi uwalnianych z Matrixa - oświadczył jeden z mężczyzn. - A jeśli nie można ograniczyć ich liczby, to trzeba przynajmniej wybierać bardziej przedsiębiorcze jednostki. Ludzie z Matrixa to banda pasożytów i darmozjadów. Oni przez całe życie nic nie robią, tylko żerują na maszynach. A potem jadą do Syjonu i wołają o socjal. Nie można ich za to winić. Tak są nauczeni. Ale, kurka wodna, dlaczego ja mam płacić za ich wyuczoną bezradność?! Jeśli ci ludzie nie potrafią sami się utrzymać, niech wracają do Matrixa… do tych swoich czerwonych, lewackich zbiorników… my im damy niebieską pigułkę… i niech tam sobie żyją i żrą jak rurkowce w Rowie Mariańskim[44].

- Panie Romulusie, pan jest nietaktownym, aroganckim, gardzącym drugim człowiekiem skurczybykiem - wycedził ten drugi. - Nie ma pan za grosz empatii. Prawa człowieka nic dla pana nie znaczą.

- Empatia? Co to za lewackie pojęcie? - spytał prowokacyjnie Romulus. - I co to za lewacka ideologia: prawa człowieka? Czerwone zbiorniki to dla rurkowców najlepsze miejsce. Bo co to za różnica… Człowiek zostaje odpięty od maszyny, a potem się podpina do systemu opieki społecznej. Lepiej go w ogóle nie odpinać, a jeśli już trzeba, to nie za pieniądze podatnika. Myśmy przelewali krew za Syjon, oddawali swoje życie, a teraz jesteśmy okradani przez lewaków z Rady, którzy, zamiast wspierać normalnych ludzi, wspierają podobnych do siebie nierobów i nieudaczników.

- Owszem, wspierają, bo każdy człowiek ma prawo do prawdy i wolności - powiedział drugi facet. - I każdy ma prawo do życia. A żeby żyć po wyjściu z niewoli, trzeba mieć do tego środki.

- “Celem życia nie jest przeżycie”[45] - odparł cynicznie Romulus.

- Jest pan naukowcem czy politykiem? - zapytał tamten, wyraźnie apelując do sumienia swojego rozmówcy.

- Jednym i drugim - padła odpowiedź.

Po tych słowach obaj mężczyźni poszli w swoją stronę. Na nas nawet nie spojrzeli. Do dziś nie wiem, czy nas nie zauważyli, czy uznali za niegodne swojego spojrzenia.

Niecałe dwie godziny później usłyszałyśmy radosną nowinę: my i trzy inne dziewczyny z Alethei dostałyśmy się na Matrix Studies! A więc jesteśmy już nie tylko rokiem, ale również rocznikiem! Pozostali podopieczni Czarnej Kaśki szczęśliwie wylądowali na Matrixologii. Dwa roczniki w obrębie jednego roku… Cieszyłam się, że tak wyszło, bo Matrix Studies i Matrixologia to dziedziny pokrewne. Od razu wiedziałam, że będziemy mogli wymieniać się informacjami i pomagać sobie w nauce. Pierwsze zajęcia na wybranych przez nas kierunkach miały się odbyć już nazajutrz. Diana, ja i pozostałe dziewczęta (Ksenia, Pola i Danka) otrzymałyśmy klucz do wspólnego pokoju w Domu Studenckim “Enklawa”. To właśnie tutaj miałyśmy mieszkać w czasie dwudniowych zjazdów. W naszym pokoju (numer 112 - łatwo zapamiętać, bo kojarzy się z europejskim telefonem alarmowym) panowały surowe warunki, ale byłyśmy już uodpornione na biedę.

Następnego dnia spotkałam na uczelni profesora Dedalusa. Szłam sobie akurat korytarzem, kiedy spostrzegłam drzwi, obok których widniała tabliczka z napisem “Zakład Antropologii Strukturalnej. Profesor Dedalus. Dyżury: wtorki i czwartki, godz. 10:00-13:00”. Pomyślałam, że to historyczne miejsce. To właśnie tutaj przebywał naukowiec, kiedy rozmawiał ze mną o opozycjach binarnych i wyborze czerwonej pigułki. Żałowałam, że nie jestem teraz w wirtualnej rzeczywistości, bo mogłabym chwycić telefon komórkowy i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Swoją drogą, skoro można dzwonić z Realu do Matrixa, a z Matrixa do Realu, to czy można również wysyłać MMS-y z jednego świata do drugiego? Gdy tak stałam przed Zakładem Antropologii Strukturalnej, drzwi niespodziewanie się otworzyły i na korytarz wyszedł mój wybudzający. Wyglądał podobnie do swojej matrixowej wersji, ale był bardziej zmęczony i zaniedbany.

- Dzień dobry, panie profesorze! - pisnęłam radośnie na jego widok. - Jak to miło zobaczyć pana na żywe oczy! Widziałam pana już wczoraj, podczas uroczystości inauguracyjnej, ale nie miałam okazji, żeby się z panem przywitać. Pamięta mnie pan jeszcze? Jestem Ania Firlej. Studiuję… znaczy: studiowałam na Uniwersytecie Henryka Sienkiewicza.

- Oczywiście, że panią pamiętam - odpowiedział Dedalus, uśmiechając się lekko. - Zapadła mi pani w pamięć. Jak tam po przebudzeniu? Bardzo pani przeżyła odłączenie od Matrixa? Kiedy z panią rozmawiałem, nie wyglądała pani na zbyt przestraszoną, ale po odzyskaniu świadomości wszystko mogło się zmienić…

- No, byłam odrobinę zszokowana - przyznałam szczerze. - Jak każdy, chyba. Jednak nie było tak źle, jak się spodziewałam. Myślałam, że będzie znacznie gorzej. Że okażę się gołym mózgiem. A tymczasem mam “dwie nogi i siedzenie”[46].

- Mówiłem pani, że tego “mózgu w naczyniu” nie należy rozumieć dosłownie - przypomniał ciepłym tonem uczony.

- Trochę tęsknię za Matrixem - zwierzyłam się. - Ale nie dramatyzuję, bo Realny Świat też ma swoje zalety. W gruncie rzeczy… jak się tak dobrze przyjrzeć… on jest nawet piękny. Nie mówię, że jest sprawiedliwy, że dobrze się w nim dzieje. Nic z tych rzeczy. Ale on jest estetycznie piękny na mroczną, gotycką modłę. Czarne chmury kłębiące się wściekle na nieboskłonie… Ciemność osaczająca człowieka niczym sfora wilków… Wieczna noc, tak pewna swojej nieśmiertelności, że dająca się przecinać jasnym strzałom błyskawic… Ruiny wielkich miast… Zimne, surowe, poważne cmentarzyska człowieczej cywilizacji… Zniszczone budowle są strażniczkami pamięci o mitycznych czasach, kiedy człowiek “rozmnażał się i czynił sobie ziemię poddaną“[47]. Realny Świat: tak mroczny, niebezpieczny, romantyczny, melancholijny i pociągający. Troszeczkę mi przypomina teledyski “Nemo” Nightwish i “Lithium“ Evanescence. A także ciemne sceny z jednego z dwóch filmików ilustrujących piosenkę “The Howling“ Within Temptation[48]. Myślę, że wszyscy goci chcieliby tu mieszkać.

- Wszyscy goci mieszkają w Realnym Świecie - zauważył profesor - ale nie wszyscy są tego świadomi.

- Ach, gdybym mogła stanąć na wzgórzu i wyobrażać sobie, że mam piękną, gotycką suknię do ziemi i długie, czarne, rozpuszczone włosy! - fantazjowałam, zachłystując się swoją wizją. - To by było cudowne! Wie pan, w gimnazjum miałam straszną “fazę” na gotyk. Nie sądziłam, że kiedykolwiek…!

- No cóż, czas na mnie - oświadczył uprzejmie, lecz stanowczo Dedalus. Mówił zdecydowanym głosem, ale jego mocny ton był równoważony przez delikatny uśmiech.  - Miło mi się z panią gawędziło.

- A mnie z panem - powiedziałam wesoło i wyszczerzyłam zęby.

- Jest pani naprawdę bystrą i oryginalną dziewczyną. Pani śmiałe, młodzieńcze spojrzenie potrafi wydobyć ze świata to, co mogłoby pozostać niezauważone i niedocenione. Dobrze, że są tacy ludzie jak pani. Wpuszcza pani świeże powietrze… jeśli wie pani, co mam na myśli.

Zarumieniłam się i grzecznie podziękowałam za słowa uznania. Gdy się pożegnaliśmy, Dedalus ruszył w swoją stronę, zapewne na zajęcia. Naukowiec miał, tak jak ja, gniazdko z tyłu głowy. A pod pachą trzymał papierową teczkę opatrzoną ręcznym napisem “Matrixologia. II rok II stopnia (niestacjonarne)”.

- Panie profesorze! - zawołałam nagle.

Mężczyzna się zatrzymał i odwrócił, a ja podbiegłam bliżej niego.

- Nie chcę marnować pańskiego czasu - wyjaśniłam - ale mam do pana małe pytanko. Jakie jest pana prywatne zdanie na temat Matrixa? Co pan o nim sądzi? Tak szczerze…

Dedalus zastanowił się przez chwilę.

- Ja bym był za uwłaszczeniem - powiedział powoli. - Właścicielami Matrixa powinni być jego użytkownicy, a nie bezduszne maszyny żerujące na ludzkiej krzywdzie. To my, ludzie uprawiani na polach, jesteśmy fundamentem całego systemu. To nasze ciała sprawiają, że świat maszyn, a w konsekwencji Matrix, może w ogóle funkcjonować. My jesteśmy bazą. Reszta jest tylko nadbudową. Jest rzeczą skandaliczną, że nie możemy decydować o świecie, który sami wprawiamy w ruch dzięki naszej energii i naszym umysłom. Nie może być tak, że traktuje się nas jak bandytów, bo sami decydujemy o swoim losie i swojej aktywności w Matriksie. Nie mam poczucia winy, włamując się do Matrixa. Nie uważam, że naruszam w ten sposób czyjąś własność. Raczej korzystam z tego, co należy do mnie i moich towarzyszy. “Towarzyszy” - bo my, ludzie z gniazdkami, mamy wspólne interesy. Narodowość, kolor skóry, przynależność wyznaniowa, wiek, płeć i status materialny nie mają tu nic do rzeczy. Wszyscy jesteśmy jednością… klasą użytkowniczą… i musimy to sobie uświadomić. Świadomość użytkownicza to klucz do wyzwolenia, dlatego opowiadam się za masową dystrybucją czerwonych pigułek. Co się tyczy samego Matrixa, należy go przeprogramować w taki sposób, żeby panujące w nim stosunki społeczne przestały być odzwierciedleniem relacji wyzysku istniejącej w Realnym Świecie. W pierwszej kolejności należy skasować programy komputerowe typu Merowing czy Persefona. Jestem również za zniesieniem podziałów klasowych dręczących Syjon. Konflikty społeczne nie znikną, dopóki ludzie będą się dzielić na “tych z Matrixa” i “tych z Syjonu”. Mając to na uwadze, a także nie zgadzając się na problem wykluczenia cyfrowego, postuluję powszechną i bezpłatną matrixyzację mieszkańców Syjonu, rozumianą jako umożliwienie im dostępu do wirtualnej rzeczywistości.

- Panie profesorze! - zawołał ktoś, kto niepostrzeżenie do nas podszedł.

Dedalus i ja odwróciliśmy się w jego stronę. Okazało się, że wołającym jest Romulus.

- Przez takich komuchów, jak pan, upadła ludzka cywilizacja - stwierdził doktor. - Niech pan sobie przypomni, z jakiego powodu wybuchła Pierwsza Wojna z Maszynami. W dawnych czasach maszyny utworzyły własne państwo zwane 01. A ponieważ były inteligentne i zaradne, szybko zaczęły ekonomicznie dominować nad światem. Same, dzięki swoim zdolnościom, zapracowały sobie na sukces. Komuchy z ONZ popadły wówczas w resentyment: tak wielki, że zdecydowały się zaatakować 01. Wybuchł konflikt zbrojny, który zakończył się… wiadomo, jak. Ludzie przegrali, stracili większość dóbr i stali się niewolnikami maszyn[49]. Oto, jak kończą ci, którzy podnoszą rękę na Wolny Rynek!

- Mam rozumieć, że jest pan po stronie maszyn? - spytał wyzywająco Dedalus.

- Panie profesorze - rzekł Romulus, ignorując pytanie swojego rozmówcy. - Jest pan największym złodziejem w Syjonie i w ogóle w Realnym Świecie. Zdaje pan sobie z tego sprawę? Za każdego studenta, uczestniczącego w pańskim projekcie, powinien pan dostać kulkę w łeb. Pan, jak każdy lewak, kieruje się sercem, a zupełnie nie używa rozumu. Nie pomyślał pan, jak bardzo zbiednieje Syjon, obciążony kolejnym niepotrzebnym podatkiem. Uważa pan, że zarówno panu, jak i tym studentom, wszystko się należy. To jest właśnie problem was, ludzi z Matrixa. Macie wdrukowane poczucie… a nawet nie poczucie, tylko potrzebę zależności. Nie uświadamiacie sobie tego, tak jak przez większość życia nie uświadamialiście sobie fałszywości Matrixa. Ale głęboko, na poziomie nieświadomości, tkwi w was pasożytniczy instynkt, który każe wam się przyssać do czegoś większego… i po prostu ssać. Dla was to jest naturalne, że coś was trzyma pod kloszem i zaopatruje w pokarm. Ale to nie jest naturalne, panie profesorze. Niech pan powie tym studentom, że nikt normalny nie będzie na nich łożył. A przynajmniej ja nie będę.

- Panie doktorze - przeszedł do ofensywy mój wybudzający. - To ja pana zapytam wprost: kiedy pan się wreszcie wyprowadzi od matki? O ile się nie mylę, trzydziestka stuknęła panu już dwa lata temu. Może powinien pan się wreszcie usamodzielnić i przestać żyć na garnuszku mamusi?

- Ja przynajmniej mam matkę - przyznał z dumą Romulus. - Kiedyś miałem również ojca. A pan? Kto pana zrobił? Mątwa z czerwonymi oczami?

- Panie doktorze, pomału tracę cierpliwość - oświadczył lodowato Dedalus. Widać było, że stopniowo ogarnia go gniew. - Jeśli nie przestanie pan obrażać mnie i 99% ludzkości, to zadzwonię na policję.

Nagle, ku mojemu zaskoczeniu, wykładowcy zaczęli się bić. Nie była to jednak zwyczajna bójka, tylko starcie, które przypominało pojedynek dwóch mistrzów wschodnich sztuk walki. Nie zapomnę tego do końca życia. Kiedy później relacjonowałam tę scenę mieszkańcom Alethei, Czarna Kaśka stwierdziła, że po wojnie (tzn. Drugiej Wojnie z Maszynami) ze społeczeństwem Syjonu stało się coś niedobrego. Doszło do zbydlęcenia obyczajów, które wcześniej, w okresie międzywojennym, było po prostu nie do pomyślenia. Dawniej, przed wojną, ludzie byli szlachetni, idealistyczni, honorowi i dobrze wychowani. Teraz są tchórzliwi, małostkowi, niekulturalni i pozbawieni jakichkolwiek ideałów. “Jest taka prawidłowość, że na wojnach giną nie ci, co powinni” - mruknęła kobieta. Niedługo potem kazała nas zawieźć do Syjonu, żebyśmy zapalili znicze i złożyli kwiaty na wspólnym grobie Neo i Trinity.

Według Catherine, nie dla wszystkich Syjonitów było oczywiste, że sławna para powinna spocząć w jednej mogile. Decyzję o wspólnym pochówku przeforsował Morfeusz, który przekonał Radę, że Neo i Trinity byli w sobie bezgranicznie zakochani. Gdy już zapaliliśmy znicze i złożyliśmy kwiaty, opiekunka roku zaprowadziła nas na Plac Andersona, żebyśmy zobaczyli pomnik Neo. Kim był Thomas “Neo” Anderson? Człowiekiem, który za cenę własnego życia przyczynił się do zawarcia rozejmu między ludźmi a maszynami. Teoretycznie, takie postaci jak Neo powinny jednoczyć mieszkańców Syjonu. Czarna Kaśka powiedziała nam jednak, że swego czasu plac i pomnik były przedmiotem ostrego sporu politycznego. Ludzie kłócili się o to, czy Neo powinien zostać przedstawiony w swojej wersji matrixowej, czy realnoświatowej. A także o to, czy należy go zapamiętać jako bohatera, czy jako męczennika.  

Zwyciężyła opcja martyrologiczna, która opowiadała się za pomnikiem ukazującym Neo w takiej formie, w jakiej poległ w Realnym Świecie. Czyli jako rannego, zmęczonego, dumnego ślepca z wypalonymi oczami zawiązanymi chustką. Ale awantura o pomnik i tak była niczym w porównaniu z awanturą o nazwę placu. Otóż miejsce, upamiętniające słynnego człowieka, początkowo miało się nazywać Placem Wybrańca. Pomysł ten został oprotestowany przez grupę ludzi, którzy deklarowali, że nigdy nie pozwolą na “tytułowanie tego pana Wybrańcem”. Zaproponowali oni nazwę “Plac Andersona“. Wygrali, ale ich pomysł spotkał się z dezaprobatą drugiej strony konfliktu. Przeciwnicy “Placu Andersona” podkreślali, że “Thomas Anderson” to matrixowe nazwisko Neo i że agent Smith zwracał się do niego per “panie Anderson”. Konspiracjoniści doszli do wniosku, że Rada potajemnie realizuje interesy wrogów.

Studia na Uniwersytecie w Syjonie od samego początku były dla mnie wielką przygodą. Nie będę streszczać, jak wyglądały poszczególne zajęcia na pierwszym roku, gdyż zajęłoby to bardzo dużo miejsca (a i tak nie potrafię opowiadać równie zajmująco i profesjonalnie jak moi wykładowcy!). Powiem tylko, co robiliśmy pierwszego dnia na pierwszym przedmiocie. Otóż wykład był poświęcony temu, że ludzie, którzy żyją w Matriksie, kwestionują niekiedy realność otaczającego ich świata. Niektórzy doświadczają fenomenów, które sprawiają, że całe ich dotychczasowe wyobrażenie o rzeczywistości staje pod znakiem zapytania. Inni praktycznie od dzieciństwa mają poczucie, że świat, który znają, jest nieprawdziwy, jakby oniryczny. Jeszcze inni mają przebłyski świadomości: zaczynają coś czuć, widzieć lub słyszeć. Sporadycznie zdarza się, że ktoś “budzi się na dobre”. Nazywamy to zjawisko samoodłączeniem[50].    

Podczas ćwiczeń analizowaliśmy różne nagrania audio i video pochodzące z Matrixa. Zastanawialiśmy się, czy jest możliwe, że ich bohaterowie doświadczyli przebłysków świadomości lub całkowitego przebudzenia. Czy ludzie, występujący w tych materiałach, “coś wiedzą”? A może to my, osoby oświecone, nadinterpretujemy nagrania i znajdujemy w nich to, co chcemy znaleźć? Jednym z plików, które badaliśmy, była rozmowa telefoniczna “Niebieski licznik” (YouTube.com). Wynotowywaliśmy z niej wszystko, co mogłoby sugerować, że bohaterka materiału “wie więcej niż inni”. Oto niektóre frazy: “ciągle jest córka uprowadzana”, “doszłam do wniosku, że ja mam prąd źle zrobiony”, “jestem po białym niebieska i czerwona”, “były dwa czarne i okieneczka były czerwone”, “jak to: pani do domu ktoś wszedł?!”, “czerwone czy niebieskie liczniki?”, “jestem tak samo prześladowana”, “każdy świat ma serce”[51].

Zgodnie z zapowiedzią Czarnej Kaśki, zajęcia odbywały się głównie w Realnym Świecie, ale mieliśmy także sporo wykładów i ćwiczeń w symulacjach typu Konstrukt. Powiedzmy sobie szczerze: jak można się uczyć np. o antropomorficznych programach komputerowych, nie mając do czynienia z takimi programami?! Niektóre zajęcia po prostu musieliśmy mieć z wirtualnymi (aczkolwiek bardzo ludzkimi) prowadzącymi. I tutaj się pojawia kolejne pytanie: jak można się uczyć o Matriksie, nie odwiedzając Matrixa?! Pod tym względem nie wszystko szło po mojej myśli. Zaczęliśmy studia pod koniec listopada i przez cztery miesiące ani razu nie wróciliśmy do elektronicznego świata. O takim powrocie nie było mowy ani na uczelni, ani na Alethei. Możecie sobie wyobrazić, jak się czułam przez te kilkanaście tygodni. A jak Wy byście się czuli, gdybyście zostali wyrwani ze swojego życia i nie mogli nawet na chwilę do niego wrócić?!

Miesiące mijały, a stary poduszkowiec, w którym spędzałam większość czasu, nie stawał się ani trochę atrakcyjniejszy. Podarte ubrania, poplamione fotele, zimna woda i paskudne jedzenie były stałymi elementami mojej codzienności. Uczelniane zjazdy, które odbywały się co dwa tygodnie, stanowiły jedyne urozmaicenie mojej egzystencji. Gdy zadawałam Catherine… a nawet Jupiterowi i Avi… pytanie, czy nie moglibyśmy w wolnych chwilach odwiedzać Matrixa… lub przynajmniej Konstruktu… słyszałam, że “jesteśmy jeszcze młodzi”, “nie możemy marnować swojego życia” i “powinniśmy nabierać w płuca wolności, której większość ludzi nigdy nie zazna”. Wieczorami, kiedy kładłam się spać, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że jestem daleko stąd. W świecie, w którym istnieje jutrzenka, kopuły kościołów lśnią w promieniach słońca, a spod zimnego puchu wychylają się białe główki przebiśniegów.     

W drugiej połowie marca nastąpił zwrot akcji. Był akurat piątek poprzedzający jeden ze zjazdów. Otrzymałam informację, że w Matriksie jest ostatnio bardzo ciepło i że nic nie stoi na przeszkodzie, aby odbyły się tam zajęcia dydaktyczne. Budynek Wydziału Ekonomicznego UHS nadal uchodzi za nieczynny, więc możemy w miarę bezpiecznie spędzić w nim weekend. Myślałam, że zemdleję ze szczęścia. Miałam żal do opiekuna rocznika, że tak późno zgodził się na organizację zajęć w Matriksie, ale… lepiej późno niż wcale! Gdy zostaliśmy podłączeni do systemu… Gdy pochłonął nas Zielony Kod, który momentalnie zamienił się w znaną nam rzeczywistość… Omal nie popłakałam się z radości. Na usta ciskały mi się cytaty typu “Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił”[52]. Powrót do Macierzy… Bo “Matrix” to znaczy “Macierz” (albo “Matryca“).  

Sobotnie zajęcia miały trwać od godz. 10:00 do 19:45. Rano odbyły się elementarne teorie matrixologiczne, które trwały dokładnie półtorej godziny. Szczerze mówiąc, nie za bardzo mogłam się na nich skupić, gdyż moją uwagę rozpraszały śmiechy licealistów dochodzące zza okna. Młodzi ludzie siedzieli pod dużym kasztanowcem i opowiadali sobie zabawne anegdotki. Drugim przedmiotem, przewidzianym w planie zajęć, była historia filozofii. Czekając na zajęcia, wyglądałam przez okno i chłonęłam piękno wirtualnego świata. Na dworze było coraz cieplej, coraz przyjemniej i coraz radośniej. Po zewnętrznej stronie szyby, na blaszanym parapecie, przysiadły dwa gołębie, które wcale się mnie nie bały. Im wskazówki zegara były bliżej dwunastej, tym mocniej i śmielej świeciło słońce. Marzyłam o tym, by ta chwila trwała wiecznie. Żebym umarła i już zawsze doświadczała tak błogiego spokoju.  

Nagle usłyszałam głos Kseni:

- Słuchajcie, on się spóźnia już czternaście minut…

- Może w ogóle nie przyjdzie? - spytała retorycznie Pola, wyraźnie znużona długim oczekiwaniem na wykładowcę. - Przecież on się nigdy nie spóźniał.

- Przyjdzie, zawsze przychodzi - powiedziała Diana.

- Ja myślę, że jednak nie przyjdzie - upierała się Pola.

Faktycznie, profesor był już porządnie spóźniony. Kontemplując piękno Matrixa, nawet nie zauważyłam, że minęło tak dużo czasu. Za moimi plecami siedzieli, stali i spacerowali znudzeni studenci Matrix Studies. Wydawali się nieco sfrustrowali. Przede mną, za otwartym oknem, rozpościerał się “wspaniały, piękny świat”[53]. Czułam się jak postać z kreskówki, do której przybyły dwie fantastyczne postaci: aniołek i diabełek. Chodziły mi po głowie sprzeczne myśli.  

- Słuchajcie! - zawołałam nagle, odwracając się do pozostałych studentów. - Robimy listę i idziemy. Kwadrans studencki już minął. Nic tu po nas.

Wyjęłam zeszyt, wyrwałam z niego kartkę, zanotowałam dzisiejszą datę i wpisałam swoje nazwisko. Potem wręczyłam kartkę Dianie, która również się podpisała. Gdy karteczka dotarła do ostatniej osoby, Przemek (nasz kolega z Polski A, mieszkający na statku Veritas) wykrzyknął:

- O choroba! Słyszycie to?!

- Kroki! - wrzasnęła Ksenia. - Profesor nadchodzi!

- Szybko, bo nas zobaczy! - zakomenderował Przemek.

Osoba, która miała kartkę w ręce, błyskawicznie przykleiła ją do zamkniętych drzwi sali wykładowej. Wszyscy chwyciliśmy swoje torby i wyskoczyliśmy przez okno z budynku. Biegliśmy ile sił w nogach, jakby gonił nas wściekły rottweiler. Sęk w tym, że nasze twarze nie były przerażone, tylko podekscytowane i rozbawione.   

- “Nas nie dogoniat! Nas nie dogoniat!”[54] - zaśpiewałam fragment przeboju duetu t.A.T.u.

Zrobiliśmy to. Uciekliśmy z zajęć. Mieliśmy przed sobą ponad cztery godziny swobody. Rozpierała nas radość, której nie potrafiłabym opisać słowami. Ale zapomnieliśmy o jednym: to nie był jeden z tych bezpiecznych programów szkoleniowych czy zaopatrujących. To nie był Konstrukt, dostosowujący się do ludzkiego widzimisię, ani Akademia, będąca symulacją nowoczesnej uczelni. To był Matrix. Ten szatański Matrix, w którym niebezpieczeństwa czyhają na każdym kroku.

CIĄG DALSZY NASTĄPI



******************************
PRZYPISY (numeracja ciągła)
******************************


[35] Piosenkę “Girls Just Want To Have Fun” (wraz z teledyskiem) można znaleźć na stronie: http://www.youtube.com/watch?v=PIb6AZdTr-A

[36] Materiał video, w którym “Joanna od Krzyża“ wspomina o “powrocie do życia, które po prostu prowadzi całe życie“: http://www.youtube.com/watch?v=7CbwGEuQ3Gg

[37] Nawiązanie do haseł, jakimi posługiwali się propagandziści w powieści “Rok 1984” George’a Orwella.

[38] Bohater negatywny występujący w pierwszej części trylogii “Matrix”.  

[39] Porównaj: rozdział pierwszy, wypowiedź Dedalusa zaczynająca się słowami “Był kiedyś pewien człowiek, antropolog, nazywał się Claude Levi-Strauss…”. Porównaj również: treść przypisu 9 (odwołanie do “Trójkąta kulinarnego” i “Antropologii strukturalnej” Levi-Straussa).  

[40] Dokładne informacje na temat Syjonu można znaleźć na stronie: http://matrix.wikia.com/wiki/Zion Opisy miasta zawarte w “Matriksie: Księdze Nołlajfów. Ani z Zielonego Kodu” są wzorowane na fragmentach filmów “Matrix. Reaktywacja” i “Matrix. Rewolucje”.

[41] “Metropolis” (1927) - niemiecki film fantastycznonaukowy. Niema, czarno-biała dystopia. Ukazuje wizję przyszłości, w której ludzie są podzieleni na dwie klasy: Głowę i Dłonie. Przedstawiciele Głowy, czyli inteligenci i przedsiębiorcy, żyją w arcybogatym, futurystycznym mieście Metropolis. Przedstawiciele Dłoni, czyli robotnicy, mieszkają i pracują w ponurej Otchłani (podziemnej osadzie pełnej fabryk i blokowisk). Proletariuszom, coraz bardziej sfrustrowanym, dodaje otuchy młodziutka prorokini Maria. Dziewczyna przekonuje robotników, że wkrótce przyjdzie do nich Pośrednik, który zapoczątkuje dialog między zwaśnionymi klasami. Pewnego dnia prorokini zostaje porwana, a jej miejsce zajmuje agresywny sobowtór, który nawołuje Dłonie do “zabijania maszyn” (tzn. do rewolucji). Reżyser filmu umiejętnie łączy idee socjalistyczne z chrześcijańskim, konserwatywnym moralizatorstwem. Trzy różne zwiastuny produkcji:
http://www.youtube.com/watch?v=GrFBId1b8U0
http://www.youtube.com/watch?v=ZSExdX0tds4   
http://www.youtube.com/watch?v=cj8pmovHLvQ

[42] Kelthuz aka Arjozof - świętokrzyski (kielecki) muzyk heavy metalowy poruszający w swoich piosenkach tematy ekonomiczne i neopogańskie. Realizuje, pod różnymi szyldami, wiele projektów muzycznych. Słynie ze skrajnie wolnorynkowych poglądów i wyjątkowo ostrego języka. Śpiewa m.in. o libertarianizmie, anarchokapitalizmie i swoich fantazjach dotyczących zwalczania socjalistów.

[43] Cytat z piosenki fikcyjnego zespołu Kanalia ukazanego w serialu “Świat według Kiepskich” (http://www.youtube.com/watch?v=4RqrcZO8eJ4).

[44] Aluzja literacka do fragmentu jednego z odcinków programu “Młodzież kontra”. Nagranie jest w Internecie znane pod tytułem “Janusz Korwin-Mikke masakruje młodego lewaka”. Odnośnik: http://www.youtube.com/watch?v=9P2QTdS9ItU

[45] Dosłowny cytat (słowa Janusza Korwin-Mikkego) będący aluzją literacką do materiału opisanego w poprzednim przypisie.  

[46] Cytat z wiersza “List do ludożerców” Tadeusza Różewicza (http://www.wiersze.annet.pl/w,,13886).

[47] Porównaj: Rdz 1, 28 (Pismo Święte).  

[48] Nightwish - “Nemo“: http://www.youtube.com/watch?v=eoce5zChoMY
Evanescence - “Lithium”: http://www.youtube.com/watch?v=PJGpsL_XYQI
Within Temptation - “The Howling“: http://www.youtube.com/watch?v=aa5BUDKgzRQ

[49] Historia wojny zredagowana na podstawie krótkometrażowych filmów animowanych “The Second Renaissance. Part 1” i “The Second Renaissance. Part 2” z serii “Animatrix” (2003). Pisząc ten fragment, korzystałam również z artykułów “Matrix” (http://matrix.wikia.com/wiki/Matrix) i “Drugie odrodzenie” (http://pl.wikipedia.org/wiki/Drugie_odrodzenie).

[50] Człowiekiem, który przeczuwał, że jego życie może być snem, był sam Neo, główny bohater trylogii “Matrix” (patrz: pierwsza część sagi). Osobą, która doświadczyła niewytłumaczalnych zjawisk w Matriksie, była nastoletnia Yoko, bohaterka krótkometrażowego filmu “Beyond”. Całkowitego przebudzenia doznali: Michael Karl Popper z “Kid’s Story” i Dan Davis z “World Record”. Filmy “Beyond”, “Kid’s Story” i “World Record” (znane w Polsce jako “Nawiedzony dom”, “Historia ucznia” i “Rekord świata”) są odcinkami animowanego cyklu “Animatrix”.    

[51] “Niebieski licznik” (osobliwa rozmowa telefoniczna opatrzona opisem “Kolejny telefon obłąkanej kobiety na elektrownię”. Nagranie opublikował użytkownik legidud7): http://www.youtube.com/watch?v=Fay9_NqBw1I

[52] Fragment inwokacji z “Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza (cyt. za: http://literat.ug.edu.pl/panfull/0001.htm).

[53] Cytat z utworu “Radość o poranku” Grupy I (http://www.youtube.com/watch?v=jgHDhFQdqRY).

[54] Piosenka i video clip “Nas nie dogoniat” t.A.T.u.: http://www.youtube.com/watch?v=bo7mT_ge_lI

 

Matrix: Księga Nołlajfów. Ania z Zielonego Kodu (cz. 3)

Autor: njnowak | Kategorie:
Tagi:
15. maja 2014 15:05:00

ROZDZIAŁ DRUGI
Brud, bieda, buractwo





“Nie znali nigdy, co to jest dostatek,
Lecz znali tylko - co trud i potrzeba;
Nieraz im brakło mleka w piersiach matek,
Nieraz im brakło na zagonach chleba…
Nie znali nigdy tej pomyślnej doli,
W której bez troski o jutrzejszą strawę
Duch ludzki z mroku budząc się powoli
Na światło oczy otwiera ciekawe,
Gdyż od kolebki czatowała bieda,
Co duszy dziecka rozwinąć się nie da.

Los im poskąpił wszystkich swoich darów
I dał im środków do walki za mało.
Prócz życia trudów i życia ciężarów,
Jedno im prawo - do życia zostało”


Adam Asnyk - “Bez odpowiedzi”[18]



W Realnym Świecie są realne problemy. Realne problemy realnych ludzi. Przekonałam się o tym już na początku mojego pobytu na statku Aletheia. Otóż zapytałam operatora, co się stało z moją granatową torbą, którą zostawiłam tam, w Matriksie, w sali wykładowej Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Henryka Sienkiewicza. Operator, naturalnie urodzony czterdziestolatek, odpowiedział opryskliwie: “Nie zawracaj mi głowy. Ty się zastanawiasz, gdzie jest twoja wirtualna torba, a ja się zastanawiam, skąd wziąć pieniądze na spłatę kredytu. Gdy moja żona pracowała, jakoś się ten kredyt spłacało. Teraz, gdy żona jest bezrobotna, zwyczajnie brakuje nam kasy. W zasadzie, nie sam kredyt jest problemem, tylko odsetki. Trudno jest spłacić taki dług z jednej pensji. Ty myślisz, że ile zarabia operator poduszkowca? Windykacja wysłała nam już dwa listy z przedsądowym wezwaniem do zapłaty!”.

Aletheia to metalowa machina, która, podobnie jak inne pojazdy tego typu, potrafi sobie poradzić w powietrzu i pod ziemią[19]. Tak przynajmniej mi powiedziano. Na zewnątrz wygląda jak wielka, brzydka ryba z kilkoma okrągłymi, niebieskimi światłami. W środku przypomina wnętrze fabryki lub maszynowni. Kolorystyka tego miejsca wpływa na oglądającego przygnębiająco. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy można tutaj mówić o jakiejkolwiek kolorystyce. Różne odcienie szarości, trochę czerni… No i ekrany, które świecą na niebiesko i zielono, pod warunkiem, że są włączone. Pomieszczenia, a tych jest kilka, wydają się jednocześnie ubogie i zagracone. Grube kable, których jest po prostu mnóstwo, zajmują strasznie dużo miejsca. Gdyby nie ciemny kolor, powiedziałabym, że wyglądają jak liany w dżungli. Wszystko uszkodzone, poobijane, zardzewiałe. Brud, smród i chłód. Słabe lampy ledwo sobie radzą z wieczną nocą.

Na statku są również specjalne fotele, które - ze względu na otaczającą je maszynerię - mogą się kojarzyć z fotelami dentystycznymi. Siedzenia i oparcia tych foteli są wytarte i podarte, zupełnie jak w niektórych starych autobusach spotykanych na matrixowej prowincji (pozdrowienia dla kumatych!). Fotele mają ruchome oparcia na ręce: takie, które można unieść, a potem opuścić. Niestety, przy jednym z foteli poręcz jest kompletnie rozwalona. Ogólnie mówiąc, wnętrze Alethei jest w takim stanie, że powinno zostać niezwłocznie wyremontowane. Fakt, że na żaden remont się nie zanosi, sugeruje, iż brakuje na to funduszy. Teraz trochę o ludziach. Oprócz dziewięciorga studentów (Tomka, Janka, Gilberta, Danki, Moniki, Diany, Poli, Kseni i mnie) jest tutaj sześcioosobowa załoga: kapitan, jego zastępczyni, pilot, operator maszyn i dwóch pracowników fizycznych. Poduszkowcem podróżują również nasz promotor i opiekunka roku. W sumie siedemnaście osób ściśniętych jak sardynki w puszce.

Ubrania, które się tutaj nosi, są bardzo proste, szorstkie i uszyte z najtańszych materiałów. Ich stan jest mniej więcej taki jak stan foteli. Podarte, powycierane, poplamione… Niezaszyte dziury mogą świadczyć o braku nici lub o daleko posuniętej oszczędności. Barwy naszych zgrzebnych koszulin można opisać za pomocą wyrażeń typu “szarość udająca granat” czy “szarość udająca zgniłą zieleń”. Łazienka jest zdecydowanie najżałośniejszym miejscem na statku. Ma ona trzy kabiny z natryskami i cztery z dziurami imitującymi sedesy. Ze względu na ograniczony dostęp do wody, wolno się myć “nie częściej niż raz w tygodniu”. Na suficie (tudzież na jednej ze ścian) straszy duży i ciemny grzyb. W niewielkim lustrze widać bardzo niewiele. Chodzimy brudni, spoceni i zaniedbani. Niektóre z moich koleżanek ciężko przeżyły niemożność zrobienia sobie makijażu. Operator skomentował to krótko:

- Bananowa młodzież[20] z Matrixa nie ma pojęcia o prawdziwym życiu.

Opowiem Wam, jak to było na początku, kiedy my, uczestnicy projektu Dedalusa, trafiliśmy na pokład Alethei. Gdy już doszliśmy do siebie… bo przecież byliśmy w okropnej kondycji fizycznej i psychicznej… usadzono nas przy wspólnym stole, na którym leżały tylko długopisy. Naprzeciwko nas stanęły dwie osoby: mężczyzna w średnim wieku i ta niemiła, czarnowłosa pani od numeru albumu (kobieta trzymała w rękach plik kartek). Za nimi, na dalszym planie, stały pozostałe osoby niebędące studentami. Facet powiedział, że nazywa się Jupiter i jest kapitanem tego poduszkowca. Przedstawił nam również resztę załogi: swoją zastępczynię Avi, pilota Charona, operatora Merkuriusza oraz robotników Doca i Bata. Brunetka, stojąca obok niego, okazała się opiekunką naszego roku. Jej imię lub przezwisko brzmiało Catherine, ale ja nazwałam ją w myślach Czarną Kaśką. Ostatnią osobą był Juwenalis, nasz przyszły promotor.

Gdy już stało się jasne, kto jest kim, wszyscy oprócz nas i Czarnej Kaśki wyszli z pomieszczenia.

- Szanowni państwo! - przemówiła kobieta, usilnie starając się być sympatyczną. - Nie będę pytać, jak się państwo czują, bo byłoby to nietaktowne z mojej strony. Zdaję sobie sprawę, że doświadczyli państwo trudnych chwil. Z jednej strony, totalne wykorzenienie, oderwanie od dotychczasowego życia, zburzenie stabilnego obrazu świata. Z drugiej: szok, cios, trauma przebudzenia, nowa sytuacja…  Być może niektórzy z państwa nie rozumieją, co się stało i o co tutaj chodzi. Być może nie dowierzają państwo, że te cudactwa, które państwo przeżyli, są prawdziwsze od tego, co wcześniej wydawało się państwu prawdziwe. Zanim opowiem, co i jak, chciałabym państwa poprosić o wypełnienie krótkiej ankiety. Ankieta jest anonimowa, więc proszę o szczere odpowiedzi. Pytania dotyczą państwa podróży z jednej rzeczywistości do drugiej.  

Papierki, wszędzie papierki! Wypełnienie formularza było ostatnią rzeczą, jakiej zażądano ode mnie w Matriksie, i pierwszą, jakiej zażądano w Realnym Świecie! Kiedy Czarna Kaśka rozdała nam ankiety, błyskawicznie omiotłam wzrokiem poszczególne pytania. Poruszano w nich kwestie takie, jak “Czy uważa Pan/Pani, że został/została Pan/Pani należycie poinformowany/poinformowana o tym, co zobaczy Pan/Pani w Realnym Świecie?” albo “Czy próbowano wywierać na Pana/Panią presję, żeby wybrał/wybrała Pan/Pani czerwoną pigułkę?”. Ostatnie pytanie brzmiało: “Czy uważa Pan/Pani, że wybranie czerwonej pigułki było słuszną decyzją?”. Zaznaczyłam odpowiedź “Nie wiem”, bo stwierdziłam, że jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby to oceniać. Gdy uporaliśmy się z ankietami, Czarna Kaśka zabrała nam kartki i wróciła do przemawiania.

- Przede wszystkim: terminologia - oznajmiła dobitnie. - Proszę pamiętać, że terminy, którymi posługujemy się w ramach projektu Dedalusa, różnią się od tych, do których być może przyzwyczaili się państwo w Matriksie. Uczulam państwa, żeby nie mylili państwo “roku” z “rocznikiem”. “Rok” to grupa ludzi, którzy pochodzą z jednego matrixowego regionu, mieszkają na jednym statku i rozpoczynają studia w tym samym roku akademickim. Na przykład państwo, umieszczeni na pokładzie Alethei, są jednym rokiem i pozostaną nim niezależnie od tego, jakie kierunki studiów wybiorą. “Rocznik” to grupa ludzi, którzy studiują razem na tym samym kierunku i tym samym etapie. Załóżmy, że czworo z państwa wybierze kierunek X, a pozostali - kierunek Y. Będą państwo jednym rokiem, ale już dwoma rocznikami (studiującymi razem z mieszkańcami innych poduszkowców). Kolejna sprawa: wyraz “grupa”. Nie jest to oficjalny termin. Posługujemy się nim doraźnie, czasem w odniesieniu do roku, a czasem w odniesieniu do rocznika. Jeśli chodzi o tryb studiów, będą państwo studiować zaocznie. Na jeden dzień przed zjazdem będziemy zawozić państwa do Syjonu. Zajęcia będą się odbywać głównie w Realnym Świecie, ale jestem przekonana, że w państwa edukacji zostaną również wykorzystane nieduże programy komputerowe. Co się tyczy kierunków, oprócz tradycyjnych dziedzin, takich jak politologia czy kulturoznawstwo, mamy nowoczesne dziedziny związane z przemianami współczesnego świata. Szczególnie polecam państwu Matrixologię i Matrix Studies. Matrixologia to nauka szukająca odpowiedzi na pytania: czym jest Matrix? na jakiej zasadzie funkcjonuje? jakie reguły w nim obowiązują i w jakim stopniu można je naginać? Jest to nauka wieloparadygmatyczna. W jej obrębie funkcjonuje wiele zróżnicowanych koncepcji. Matrix Studies to interdyscyplinarna nauka o życiu mieszkańców Matrixa. O tym, jak wygląda życie w wirtualnej rzeczywistości. Do typowych zainteresowań MS należą relacje między świadomymi a nieświadomymi użytkownikami Matrixa oraz relacje między ludźmi a antropomorficznymi programami komputerowymi. W przyszłym tygodniu po raz pierwszy zabierzemy państwa do Syjonu, żeby podpisali państwo umowę z uczelnią i dokonali rejestracji na wybrany kierunek. Na razie niech przyzwyczajają się państwo do nowej sytuacji życiowej. Czy mają państwo jakieś pytania?

- Tak, ja mam - odpowiedziałam. - Kiedy będzie można wrócić do Matrixa?

Czarna Kaśka wytrzeszczyła oczy, jakbym powiedziała jakieś bluźnierstwo, zahaczające o znieważenie majestatu lub obrazę uczuć religijnych. Nie za bardzo wiedziałam, co było nie tak z moim pytaniem, ale widocznie popełniłam niewybaczalne faux pas.

- Czy pani jest zdrowa na umyśle?! - spytała opiekunka roku. W jej głosie było słychać złość i bulwersację. - Matrix to największe zło współczesnego świata. Niebezpieczne narzędzie, stworzone tylko po to, żeby eksploatować człowieka, deptać jego godność, kontrolować go na najbardziej fundamentalnym poziomie, karmić kłamstwem i pozbawiać możliwości obrony. Miliardy niewolników, traktowanych niczym martwe przedmioty, nie mogą nawet zaprotestować, gdyż nie są świadome swojego położenia. W Realnym Świecie garstka ludzi, stłoczonych w podziemnym mieście, żyje poniżej minimum egzystencji i codziennie drży o własne jutro. Nie tylko dlatego, że sytuacja jest coraz trudniejsza, ale także dlatego, że maszyny, nienawidzące naszego gatunku, w każdej chwili mogą przerwać rozejm i zaatakować osadę. Kilkanaście lat temu miała miejsce krwawa wojna, która o mały włos nie zakończyła się zniszczeniem miasta i zagładą wolnej ludzkości[21]. Matrix to symbol upodlenia człowieka, na które nie ma i nie będzie zgody. Jeśli do niego wchodzimy, to tylko po to, żeby z nim walczyć. Jeśli go badamy, to tylko na zasadzie poznawania wroga. Pani, pytając o możliwość powrotu do tego więzienia, daje wyraz swojej ignorancji, niedojrzałości i samolubności. Przykro mi, ale tak właśnie pani postępuje. Powinna się pani cieszyć, że jako jedna z nielicznych odzyskała pani wolność i świadomość. Powrót do Realnego Świata to największe szczęście, jakie kiedykolwiek panią spotkało. Wiele osób nigdy nie otrzyma tego błogosławieństwa. Proszę wziąć to sobie do serca. Aha, jeszcze jedno. Morfeusz, laureat pokojowej Nagrody Nobla, zwykł mawiać: “Dopóki istnieje Matrix, ludzka rasa nie będzie wolna”[22].

- “Ludzka rasa nie będzie wolna, dopóki nie będzie miała wolności wyboru” - odparłam, parafrazując zasłyszany cytat. - Wiem, jakie warunki panują w dzisiejszym świecie. Mam świadomość, jak żyją ludzie, zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. To straszne, że większość przedstawicieli naszego gatunku jest zniewalana, okłamywana, gnębiona i wykorzystywana. Straszne jest też to, że pozostali klepią biedę i martwią się o swoją przyszłość. Doceniam fakt, że zostałam wtajemniczona w te bolesne sprawy. Ale czy to oznacza, że nie mogę już się uśmiechać, chwytać dnia, cieszyć młodymi latami? Czy poznanie prawdy… która, oczywiście, jest ważną wartością… obliguje mnie do przyjęcia dożywotniej żałoby? Myślałam, że prawda jest szczęściem i wyzwoleniem! Skoro przez dziewiętnaście lat byłam niewolnicą, wegetującą niczym roślinka, to teraz powinnam skakać z radości i korzystać z życia “na full”! Za wszystkie czasy! Wbrew bezdusznym maszynom, które tak bardzo chcą nas pognębić!

- Mam rozumieć, że akceptuje pani panującą sytuację?! - zapytała z oburzeniem Czarna Kaśka. - Że nie zamierza pani w nią ingerować?! Że woli się pani zająć własnym zadkiem?!

- Nie popieram oszukiwania, eksploatowania ani upokarzania ludzi - oświadczyłam najmocniej, jak tylko potrafiłam. - Uważam, że trzeba oświecać bliźnich oraz stawiać opór technohołocie, ilekroć próbuje nas skrzywdzić. Ale sądzę też, że Matrix, jako taki, nie jest zły. Złe jest to, że wykorzystuje się go do niegodziwych celów. Wirtualna rzeczywistość, sama w sobie, jest fajnym wynalazkiem. Taką… wyższą formą Internetu. Niefajne jest to, że robi się z niej narzędzie wyzysku, manipulacji i zniewolenia. Z Matrixem jest tak jak z nożem. Nóż może służyć do zabijania ludzi, ale także do krojenia chleba. Moje wspomnienia, które stamtąd wyniosłam, są bardzo pozytywne i byłabym hipokrytką, gdybym nagle zaczęła je demonizować. Nie wolno nikogo zmuszać do życia w Matriksie. Ale też nie należy nikogo zmuszać do przebywania w Realnym Świecie. Człowiek powinien mieć prawo wyboru. Niech sam, na własny rachunek, decyduje, gdzie w danej chwili pragnie się znajdować.

Po tej wypowiedzi miałam przegwizdane nie tylko u opiekunki roku, ale również u połowy członków załogi i części studentów mieszkających na Alethei. Zwłaszcza u Gilberta Błońskiego, który tak się przejął problemami Realnego Świata, że zadeklarował, iż po studiach zostanie aktywnym działaczem ruchu oporu, gotowym zginąć za ludzką rasę. Gilbert, rzekomy przyszły męczennik, zaczął mnie nawet wyzywać od nołlajfów.     

Wieczorem postanowiłam pójść do łazienki, aby wziąć pierwszy w swoim życiu realny prysznic. Kolejka nie była duża: oprócz mnie, chciało się umyć tylko sześć osób. Woda w prysznicu okazała się dość zimna. Oczywiście, nie lodowata, ale kontakt z nią nie należał do przyjemnych. Hmmm… Może chodziło o to, żeby myć się jak najkrócej i oszczędzać wodę? Jeśli chodzi o ręczniki, trzeba było przyznać, że Jupiter stanął na wysokości zadania i zapewnił każdej osobie na statku jeden ręcznik. “Jak to dobrze, że nie muszę go z nikim dzielić!” - pomyślałam, ścierając z siebie wodę szarym, szorstkim, ale świeżym kawałkiem materiału. Nagle serce zamarło mi w piersi. Patrząc na swoje nagie ciało, przypomniałam sobie o pewnej rzeczy. A raczej: uświadomiłam ją sobie z całą mocą. Pomyślałam też o tym, co może się z tym wiązać. Pośpiesznie się ubrałam, wyszłam z łazienki i poszłam poszukać Avi.

- Avi - odezwałam się do zastępczyni kapitana. W Realnym Świecie był zwyczaj zwracania się do członków załóg po imieniu lub pseudonimie. - Chciałabym cię o coś zapytać. To strasznie głupia sprawa i… i… i nie wiem, od czego zacząć. Ale piekielnie mnie to dręczy.

- O co chodzi? - zapytała uprzejmie kobieta, a jej wyraz twarzy dopowiadał: “W czym mogę pomóc?”.

- Eeee… nie będziesz się śmiać? - odpowiedziałam pytaniem, czując, że z każdą sekundą opuszcza mnie pewność siebie.

- Oczywiście, że nie. Mów, co ci leży na sercu.

- Yyyy… Wiem, że to głupkowate… i może trochę obleśne… ale… Na pewno nie będziesz się śmiać? Na pewno? - upewniałam się, nie będąc w stanie przejść do konkretów.

- Na pewno - odparła Avi, lekko się niecierpliwiąc. - Słucham cię, Aniu.

- No więc… Dzisiaj, jak się myłam, miałam mały wypadek. Po prostu… Wiesz, trochę wody nalało mi się tam… do środka.

- Gdzie? - nie zrozumiała moja rozmówczyni.

- No, do gniazdek - wyjaśniłam. Poczułam, że się czerwienię. - Czy to jest niebezpieczne? Czy nic mi się nie stanie?

- Umrzesz - usłyszałam męski głos w kącie pomieszczenia.

Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam Doca i Bata. Cholera! Nie zauważyłam ich! Widocznie byłam tak spanikowana, że dostrzegłam tylko Avi, do której miałam sprawę! A na nich nie zwróciłam uwagi. No, nic. Stało się. Teraz muszę się zmierzyć z tą krępującą sytuacją. Zaraz, zaraz… Co jeden z nich powiedział?!

- Umrzesz - powtórzył głos. Jak się okazało, był to głos Doca. Mężczyzna starał się mówić poważnie, ale jego twarz wyglądała jak znaczek trollface[23]. - Jeśli woda nalała ci się do gniazdek, to już nie ma dla ciebie ratunku. Możesz zacząć spisywać testament. Zwłaszcza, jeśli mózg ci podszedł wodą.

- Chyba tobie - warknęła do niego Avi, a potem zwróciła się znów do mnie. - Nie słuchaj go, Aniu. On cię tylko straszy. Nic ci nie będzie. Ja żyję w Realnym Świecie od jedenastu lat, myję się normalnie i nawet nie zastanawiam się nad takimi kwestiami. Jeśli cię to nie przekonuje, to pomyśl, że po odłączeniu od Matrixa maszyna wrzuciła cię do ścieku. Wylądowałaś wtedy w wodzie, prawda? I co? Stało ci się coś? Bądź spokojna, nie ma powodów do obaw.

- No, niekoniecznie - nie zgodził się z nią Bat. - Zależy, co ona teraz zrobi.

- Po myciu nie wszystko jest wskazane - oświadczył tonem znawcy Doc. - Anka, siadaj tutaj, to ci powiem, co spotkało pewnego człowieka, który zapomniał, że niedawno wyszedł spod prysznica.

Zrobiłam to, o co mnie poprosił, i zamieniłam się w słuch.   

- Jak sądzisz, co się dzieje w momencie, gdy istota ludzka jest podłączana do systemu? - zaczął gawędziarskim tonem mężczyzna. - Z jej punktu widzenia, następuje gwałtowny skok, wyrwanie z dotychczasowego otoczenia i przeniesienie do innego wymiaru. Wszystko trwa około sekundy. Cała sytuacja dzieje się zbyt szybko, żeby człowiek zdążył cokolwiek zarejestrować. Niektórzy odczuwają lekki zawrót głowy, ale trwa to dosłownie przez moment, po czym znika bez śladu. W rzeczywistości, gdy osoba jest podłączana do systemu, cała maszyneria, działająca na prąd, zostaje wprawiona w ruch. Ludzki mózg otrzymuje potężnego kopa, zaczyna być stymulowany dużymi dawkami impulsów elektrycznych. Pomyśl teraz o czymś innym. Z pewnością słyszałaś, że woda jest doskonałym przewodnikiem prądu. W szkole na pewno opowiadano ci o śmiertelnym niebezpieczeństwie, jakie grozi ludziom, którzy korzystają z suszarki podczas kąpieli. Być może rodzice nie pozwalali ci dotykać kabli… lub nawet wyłącznika światła… mokrymi rękami. George, dwudziestodziewięcioletni działacz ruchu oporu, mieszkaniec statku Flying Dutchman, również otrzymywał takie lekcje. Lecz tamtego wieczoru, latem 2200 roku, wyjątkowo zapomniał o prawach fizyki i ostrzeżeniach rodziców. Po męczącym dniu, który spędził w Syjonie, wrócił na statek Flying Dutchman i postanowił się umyć, bo przez kilka godzin się brudził i pocił. Kiedy wyszedł z kabiny, przysiadł się do swoich kolegów, Anthony’ego i Jeremy’ego, którzy właśnie prowadzili gorącą dyskusję. George, początkowo senny i znużony, szybko się ożywił, gdyż temat rozmowy dotyczył ich niedawnej przygody w Matriksie. Mężczyźni, mocno już rozbawieni, zaczęli się spierać, który z nich dokonałby dłuższego i wyższego skoku. George, który kompletnie zapomniał o zdrowym rozsądku, stwierdził, że byłby w stanie przeskoczyć z jednej wieży World Trade Center na drugą. W Matriksie był bowiem rok 2000. Koledzy go wyśmiali, ale on powiedział, że może to udowodnić. Rozmówcy postanowili dać mu szansę, pewnie po to, żeby móc później wyszydzać jego porażkę. George położył się na fotelu, a Anthony wziął do ręki wtyczkę, żeby wsadzić ją do głowy przyjaciela. Niestety, była to fatalna w skutkach decyzja. Gdy Anthony włożył wtyczkę do gniazdka, znajdującego się w czaszce George’a, mężczyzna podskoczył jak oparzony, a potem zaczął się przeraźliwie rzucać. Było jasne, że dzieje się coś złego. Coś śmiertelnie niebezpiecznego. Anthony w panice wyjął wtyczkę z głowy poszkodowanego. Wówczas nieszczęśnik przestał się trząść, a ekrany komputera wyświetliły informację o śmierci mózgu. Nie wiadomo, co było bezpośrednią przyczyną zgonu George’a: porażenie prądem czy odłączenie bez telefonicznego rozłączenia. Ale jedno jest pewne. Gdyby George, po wieczornym prysznicu, trzymał się z daleka od urządzeń elektrycznych, na pewno byłby dzisiaj żywym czterdziestodwulatkiem. Nie wchodzi się do Matrixa zaraz po wymyciu ciała. Nigdy nie wiadomo, czy w gniazdku nie zostało trochę wody.

Słuchałam tej opowieści blada i zatrwożona. Doc opowiadał ją tak plastycznie i przejmująco, że czułam się, jakbym znajdowała się tam, w środku, na statku Flying Dutchman. To, co spotkało tego biedaka George’a, było przerażające, po prostu przerażające. Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko milczałam z grobową miną. Bat, wykorzystując chwilę ciszy, zdecydował się zabrać głos.

- Nie jest prawdą, że prąd stanowi zagrożenie jedynie w połączeniu z wodą - zaczął mężczyzna, tym samym gawędziarskim tonem co jego poprzednik. - Oczywiście, woda, jako świetny przewodnik elektryczny, zwiększa ryzyko porażenia, ale nie jest konieczna, żeby doszło do tragedii. Wiesz już, co się dzieje z istotą ludzką, kiedy jest podłączana do systemu. Zdajesz sobie sprawę z procesów, które wówczas zachodzą i wywierają wpływ na ludzkie ciało. Głupstwem byłoby sądzić, że jeśli po wieczornym prysznicu unikamy urządzeń elektrycznych, to jesteśmy całkowicie bezpieczni i nie musimy się o nic martwić. Wypadki chodzą po ludziach, a nie po lesie. Czasem nieszczęście spotyka nas bez powodu. Chciałoby się rzec: w biały dzień. A raczej: w czarny dzień, bo w Realnym Świecie nigdy nie mija mrok. Można być ostrożnym, można wycierać suche i dmuchać na zimne, lecz jeśli pisana jest nam tragedia, najprawdopodobniej nie zdołamy jej uniknąć. Zastanów się, co mogłoby się stać, gdyby kiedyś, podczas podłączania człowieka do systemu, coś poszło nie tak. Trevor już nie musi się zastanawiać. Przekonał się o tym na własnej skórze, dokładnie sześć lat temu. Trevor, chociaż wyhodowany przez maszyny, a nie urodzony w Syjonie, pracował fizycznie na statku Santa Eulalia. Był zwykłym, skromnym robotnikiem, należał do związku zawodowego, w którym Doc i ja również się udzielamy. Pewnego dnia on i jego sprzymierzeńcy postanowili się podłączyć do jednego z programów szkoleniowych, żeby przećwiczyć swoje umiejętności w zakresie sztuk walki. Trevor miał zostać podłączony jako pierwszy. Gdy jego przyjaciółka Heather włożyła mu wtyczkę do głowy, stało się coś strasznego i nieoczekiwanego. Mężczyzna gwałtownie podskoczył, wydając z siebie przeraźliwy okrzyk cierpienia. Maszyny zabuczały, ekrany zabłysły złowrogo, po czym całkowicie się wyłączyły. Trevor nie stracił świadomości. Jęczał z bólu, a oczy wypełniły mu się łzami. Heather wyciągnęła wtyczkę z głowy przyjaciela, a pilot Clarencio, nie czekając na rozkazy kapitana, wcisnął gaz do dechy i skierował poduszkowiec w stronę Syjonu. Wszyscy wiedzieli, że tylko szybka interwencja lekarska może uratować Trevora. Mężczyzna przeżył wypadek, ale na miejscu, u lekarza, okazało się, że doświadczył głębokiego i rozległego poparzenia mózgu. Fragmenty jego mózgu były tak zniszczone, że trzeba było chirurgicznie je usunąć. Wypadek i operacja mocno się odbiły na zdrowiu i psychice Trevora. Poszkodowany stał się głuchoniemy, nie mógł słyszeć ani mówić. Stracił wzrok w jednym oku oraz czucie w nogach, przez co musiał się poruszać na wózku inwalidzkim. Wystąpiły u niego kłopoty z pamięcią i uczeniem się nowych rzeczy, a także pewne objawy autyzmu, nerwicy lękowej i zespołu stresu pourazowego. Trevor był zdruzgotany tym, co go spotkało. Najbardziej martwiło go, że nie może chodzić. Poddał się jednak intensywnej rehabilitacji i już po trzech latach odzyskał możliwość poruszania się na własnych nogach. Graniczyło to z cudem. Mężczyzna wrócił na statek Santa Eulalia, a gdy zobaczył Heather, poczuł ogromną, niepohamowaną wściekłość. Pomyślał, że to właśnie ona, Heather, odpowiada za jego nieszczęście i powinna ponieść zasłużoną karę. Wiesz, co się wtedy wydarzyło? Trevor zamordował swoją winowajczynię. Ale nie tak od razu. Zalał jej uszy smarem, wyrwał język, wydłubał prawe oko, połamał i poucinał nogi. Chciał, żeby poczuła się tak jak on. Na koniec ją udusił. Patrzył z rozkoszą, jak kobieta się szarpie, a potem stopniowo traci siły, aż w końcu przestaje się poruszać. Była to dla niego cudowna chwila: dzień, w którym zło powróciło do swojego źródła. Trevor, ze względu na niepoczytalność, nie został pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Obecnie przebywa w szpitalu psychiatrycznym w Syjonie, skąd prawdopodobnie nigdy nie wyjdzie. Chyba, że znowu stanie się coś, co zostanie uznane za cud medyczny. On sam grozi, że wyrżnie wszystkich ludzi z gniazdkami, żeby już nikt nie podzielił jego doli.

Byłam tak wstrząśnięta, że chciało mi się płakać. To była narracja rodem z horroru (“horroru” - bo “thriller” to za mało powiedziane!). Nie wiedziałam, komu bardziej współczuć: Trevorowi czy Heather. Wydawało mi się, że Avi czuje to samo, lecz gdy na nią spojrzałam, zauważyłam, iż na jej twarzy maluje się mieszanina rozbawienia i politowania. Kiedy Avi spostrzegła moją minę, wybuchła śmiechem, widocznie długo powstrzymywanym.

- Aniu, wierzysz w te historyjki?! - zapytała z niedowierzaniem. - Przecież to creepypasty[24]!

- Cooo? - nie zrozumiałam.

- Creepypasty - powtórzyła kobieta. - Zmyślone opowiastki dla naiwnych. Ci dwaj buracy… bo tylko burakami mogę ich nazwać… nawet ich nie wymyślili, tylko nauczyli się z Internetu. Bo w Syjonie jest Internet, tylko, z przyczyn oczywistych, ma niewielu użytkowników.

Słowa Avi podziałały na mnie uspokajająco, ale na wszelki wypadek postanowiłam się skonsultować z Juwenalisem, moim przyszłym promotorem, doktorem habilitowanym. Zdecydowałam, że zapytam go, czy tego typu historie są w ogóle możliwe. Byłam przekonana, że Juwenalis powie mi to samo, co Avi, a jego stopień naukowy i pozycja zawodowa będą przypieczętowaniem tezy o bzdurności creepypast. Niestety, ku mojemu przerażeniu, naukowiec powiedział:

- Wie pani, ryzyko istnieje zawsze. Ale nie jest ono bardziej prawdopodobne niż inne rodzaje ryzyka. W Matriksie też pani ryzykuje, na przykład wychodząc na ulicę. Zawsze może się zdarzyć, że potrąci panią samochód albo że ktoś panią postrzeli. Nawet w domu nie jest pani bezpieczna, bo może spaść na panią żyrandol lub cały sufit. O tym, co może panią spotkać w parku czy w lesie, nawet nie wspomnę. Niech się pani sama domyśli.

Tej nocy miałam problemy z zaśnięciem. Gdy już zasypiałam, szybko się budziłam, ponieważ dręczyły mnie makabryczne koszmary. Za pierwszym razem przyśnił mi się koleś, który wyszedł z poduszkowca i spotkał ogromnego robota podobnego do mrówki. Gościu tak się przestraszył, że zemdlał. Leżał tak przez chwilę, dopóki nie został ocucony i zaniesiony na statek przez swoich towarzyszy. Od tej pory miał różne problemy zdrowotne. Kłopoty z koncentracją, rozdrażnienie, złe samopoczucie… No i okropne bóle w najróżniejszych miejscach głowy (które, nie wiedzieć czemu, przypominały mu o mrówkopodobnym robocie). Facet poszedł z tym do lekarza i został skierowany na prześwietlenie. Okazało się, że jego mózg oblazły mrówki. Widocznie dostały się tam przez gniazdko, kiedy leżał omdlały na ziemi. Najgorsze było to, że owady, z braku innego pożywienia, stopniowo wyżerały mu mózg. Stąd te nieznośne bóle[25].

Za drugim razem przyśnił mi się koleś, który wszedł do Matrixa i już nigdy się nie obudził. Wydzwaniano do niego, podawano mu czerwone pigułki, ale to wcale nie pomagało. Przez piętnaście lat żył jak roślinka: nieświadomy, podłączony do aparatury, karmiony przez kroplówkę. W końcu zdecydowano się go odłączyć. Pół roku później okazało się, że dla takich jak on jest lekarstwo w postaci jakiejś niezwykłej, wirtualnej mikstury, zawierającej specjalny kod. Niestety, było już za późno. Nieszczęśnik od sześciu miesięcy leżał w grobie. Jego przybrana matka, która podjęła decyzję o eutanazji, ze wstydu i rozpaczy zabiła się sztyletem. W tle było słychać fragment opery “Madama Butterfly” Giacoma Pucciniego, m.in. słowa “Niech z honorem umiera ten, komu los nie pozwolił żyć z honorem”[26]. Z tego drugiego snu obudziłam się zapłakana, albowiem była to historia wzruszająca i nadzwyczaj romantyczna.

Co się tyczy creepypast, jakie opowiedzieli mi Doc i Bat, rankiem mogłam już tylko uznać je za ironię losu. Czarna Kaśka obudziła nas, studentów, wyjątkowo wcześnie, i oświadczyła, że dzisiaj po raz pierwszy podłączy nas do programu Konstrukt. Wcześniej mogliśmy tylko oglądać, jak inni ludzie są podłączani do maszynerii. Strach zmroził mi wnętrzności. Po historyjkach, które wczoraj usłyszałam, po rozmowie z Juwenalisem, która wzmocniła mój niepokój, i po koszmarnych snach, które nawiedziły moją podświadomość, odczuwałam paniczny lęk przed określonym typem aparatury. Nie chciało mi się wstać z łóżka. Miałam wrażenie, że stary, postrzępiony koc, niczym dzikie pnącze, siłą mnie w nim zatrzymuje. Czarna Kaśka wrzeszczała, że przecież sama chciałam wrócić do wirtualnej rzeczywistości, więc teraz nie powinnam cudować. Wyszarpała mi koc z rąk i zmusiła mnie do opuszczenia pięcioosobowej sypialni.

Foteli było na statku dziesięć, co sugerowało, że dzisiaj skorzystają z nich wszyscy studenci oraz opiekunka roku (nawiasem mówiąc, na naszym statku jest trzynaście osób mających w ciele gniazdka. W praktyce oznacza to, że trzy osoby zawsze muszą być pokrzywdzone. Gdy dziesięć osób jest podłączonych do systemu, trójka nieszczęśników siedzi w Realnym Świecie i cierpliwie czeka na swoją kolej). Czarna Kaśka wskazała nam fotele, które mieliśmy zająć. Jak zapewne się domyślacie, mnie przypadł ten z rozwaloną poręczą. Dlaczego akurat ten?! Miałam wrażenie, że Catherine wybrała mi go z czystej złośliwości. Zajmując fotel, czułam się, jakbym zasiadała na krześle elektrycznym. Albo jakbym była karanym ze niesubordynację McMurphym z “Lotu nad kukułczym gniazdem”[27]. Nie wiem, czy inni studenci mieli to samo, ale podskórnie czułam, że Diabeł ma z nas niezłą bekę.

Doc, Bat, Avi, Merkuriusz i Jupiter obserwowali nas, stojąc na dalszym planie, w drzwiach pomieszczenia informatycznego. Krępowała mnie obecność “dwóch buraków”. Tym bardziej, że bez przerwy na mnie zerkali, szepcząc do siebie i chichocząc. Było zdecydowanie niemiło. Poza tym, coraz bardziej się bałam.

- “Idź spać” - rzekł do mnie Bat, a Doc cicho się zaśmiał. Avi spojrzała na obu mężczyzn z wyrzutem. Jakiś czas później powiedziała mi, że “idź spać” to cytat z klasycznej creepypasty “Jeff the Killer” (“Jeff Zabójca“). I że po tym poleceniu zazwyczaj następowała śmierć ofiary[28].  

Miałam pietra. Wielkiego pietra. Teoretycznie, nie było się czego obawiać, bo - jak zasugerował Juwenalis - ryzyko wypadku było bardzo niewielkie. Ale istniało. Realnie istniało, tak jak dług Merkuriusza i otrzymywane przez niego listy od windykatora. Czarna Kaśka zdecydowała, że pójdę “na pierwszy ogień” (tzn. zostanę podłączona jako pierwsza). Tu już nie było mowy o przypadku. To było świadome działanie. Czułam się niekomfortowo, bo chyba nikt nie lubi być królikiem doświadczalnym i głupim jasiem stojącym przed nieznanym. Zwłaszcza, gdy wpatruje się weń kilkanaście par oczu.

- Boże, ja się boję… - jęknęłam, nie potrafiąc dłużej ukrywać swoich emocji.

- A tak pani chciała wrócić do Matrixa - drwiła Czarna Kaśka, napawając się swoim tryumfem. - Pani jest mocna w gębie, ale jak przychodzi co do czego, to trzęsie pani portkami. Na wojnie ludzie stawali przed prawdziwymi zagrożeniami, a potrafili być odważni. Proszę sobie poczytać, ilu ludzi wtedy zginęło, a ilu odniosło rany. Część z nich została ciężko okaleczona, a jednak deklaruje, że w imię ludzkości warto było się poświęcić. Niektórzy walczący, tacy jak Thomas “Neo” Anderson, dobrowolnie oddali swoje życie. Tak, to byli prawdziwi bohaterowie. Szlachetni i nieustraszeni. A ginęli jeden po drugim “jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec”[29].

Studenci patrzyli na mnie z mieszaniną zaciekawienia i niepewności. Pokazałam im “V”, czyli gest zwycięstwa, ale opiekunka roku złapała moją rękę i niemal przemocą położyła mi ją na udzie (wszak poręcz była oberwana). Przypięła mi nogi do fotela i przycisnęła głowę do oparcia, co wzmocniło dramatyzm całej sytuacji i wywołało negatywne skojarzenia. Potem wzięła do ręki wtyczkę. Metalowa część przedmiotu była długa jak nóż Jeffa.

- Niech żyje wolność! - zawołałam, a Czarna Kaśka uciszyła mnie i rozkazała, żebym leżała spokojnie.

Nie powiedziała do mnie ani jednego krzepiącego słowa. Z jej ust nie wypłynęły zdania typu “To nie będzie bolało” czy “Zaraz będzie po wszystkim”. Warknęła za to: “Niech się pani nie rozgląda!”.

- Jeśli mi umrzeć przyjdzie… - zaczęłam podniośle, gdyż wiedziałam, że teoretycznie stoję teraz w obliczu śmierci. Ostatecznie, raz na ileś tam tysięcy/milionów przypadków zdarzają się tragedie. Może to ostatnie słowa, które mam szansę wygłosić?!

Opiekunka roku przerwała mi krzykiem:

- Niech pani przestanie gadać!

Przy każdym fotelu były dwa ekrany. Jeden z nich świecił na niebiesko, a drugi - przedstawiał spadające, jaskrawozielone znaczki na czarnym tle. Ot, taki spokojny deszcz, w który można by się wpatrywać z filiżanką herbaty w dłoni (dodam, że ramy ekranu kojarzyły mi się z ramami okiennymi. Chyba listopad uderzył mi do głowy). Wiedziałam, że te znaczki, nazywane potocznie Zielonym Kodem, lada chwila zostaną nam wpompowane do głów. Literki i cyferki przeobrażą się w impulsy elektryczne, impulsy elektryczne - w złudzenia rozmaitych wrażeń, a złudzenia rozmaitych wrażeń - w całkiem realne emocje, przeżycia i doznania. Chyba, że faktycznie dojdzie do wypadku. Wtedy nie wylądujemy w Konstrukcie, tylko w Zaświatach.

- “Znaki piekła wciągają oglądających do środka” - powiedział z przekąsem Doc. Jak się później dowiedziałam, były to słowa ze starej creepypasty “SuicideMouse.avi” (“SamobójczaMyszka.avi“)[30].

Czarna Kaśka stanęła z tyłu mojego fotela. I wtedy… O cholercia! Totalnie mnie zamroczyło i zakręciło mi się w głowie! Mogę przysiąc, że przez sekundę znajdowałam się w nieprzeniknionej czerni. Z góry, z niewidzialnego nieba, padał na mnie deszcz jaskrawozielonych znaczków. Moje ciało również było zbudowane z Zielonego Kodu. Miałam na sobie staroświecką, rozkloszowaną sukienkę do połowy łydki, misternie utkaną z elektronicznych literek i cyferek. Na swoich stopach widziałam delikatne pantofelki (podczas gdy w Realnym Świecie nosiłam nędzne pseudosandały wykonane ze sklejki, ceraty i sznurka. Kto to widział, żeby w XXIII wieku nie było ludzi stać na prawdziwe buty?!). Z głowy zwisały mi długie, gęste włosy zaplecione w warkocze i związane szerokimi kokardami (chyba nie muszę mówić, że po odłączeniu od Matrixa byłam łysa, a ryże kłaki dopiero mi odrastały).   

Moment później wszystko się zmieniło. Znalazłam się w miejscu, które w niczym nie przypominało atrapy ani nawet grafiki komputerowej. To było miejsce równie realne jak Realny Świat. Tylko jakieś dziwne, do niczego niepodobne. Wszystko było tutaj białe jak w szpitalnym pomieszczeniu. Sęk w tym, że nigdzie nie było ścian, sufitu, ani podłogi. Przestrzeń, po prostu biała przestrzeń… Stałam tam normalnie, chociaż, tak na zdrowy rozum, nie miałam na czym stać. Moja staroświecka sukienka, tworzona wcześniej przez jaskrawozielone znaczki, była teraz biała, materiałowa i hiperrealistyczna. Warkocze stały się rude i nieodróżnialne od naturalnych włosów. Kokardy przyjęły mlecznobiałą barwę oraz przyjemną w dotyku fakturę. Pantofelki także były białe. Wyglądałam trochę jak Ania Shirley, a trochę jak Alizee w teledysku “A cause de l’automne” (“Z powodu jesieni“)[31].

W tej wirtualnej przestrzeni zaczęli się pojawiać inni studenci. Wszyscy cali, zdrowi i bez żadnych gniazdek. Jako ostatnia pojawiła się Czarna Kaśka. Jej długie, lśniące, ciemne włosy były związane w ciasny kok (fryzura a’la kierowniczka pensji dla dobrze ułożonych panien). Oczy Catherine były ukryte za okularami przeciwsłonecznymi. Opiekunka naszego roku… wbrew temu, jak ją w myślach nazywałam… była ubrana w kolorystyce czarno-granatowej. Bardziej granatowej niż czarnej. Widok Czarnej Kaśki ucieszył mnie równie mocno jak widok moich kolegów i koleżanek. Ufff, co za ulga, że wszyscy szczęśliwie dotarli do Konstruktu! Moje serce podskakiwało z radości, twarz promieniała uśmiechem. Miałam ochotę każdego uściskać. Przypomniały mi się słowa, jakich użyła pewna pani ufolog podczas X Harmonii Kosmosu: “Czy państwo mnie widzą i słyszą? Widzenie jest ważniejsze, bo to znaczy, że żyję i nie skończył się świat i tak samo my wszyscy”[32].

Dzień, który opisuję w niniejszym rozdziale, był pierwszym i ostatnim, w którym dokuczały mi demony technofobii. Później już nigdy nie bałam się maszyn ani programów komputerowych. Przeciwnie: bardzo je polubiłam. Ani patetyczne hasła Czarnej Kaśki, ani groteskowe creepypasty “dwóch buraków” nie mogły mnie już zniechęcić do wirtualnej rzeczywistości. Stwierdziłam, że nie ma nic złego w byciu Anią z Zielonego Kodu, nawet, jeśli pierwotnie Zielony Kod miał służyć do zniewalania, oszukiwania i eksploatowania istot ludzkich. Zobaczcie, że np. Internet początkowo miał być bronią w rękach amerykańskiego wojska, a ostatecznie stał się salonem towarzyskim, sceną artystyczną, zakładem pracy, rynkiem dóbr, forum politycznym i kopalnią wiedzy. Tego dnia nie byłam wprawdzie w Matriksie, tylko w Konstrukcie, ale nie przejmowałam się tym, gdyż oba programy były miejscami wielkich możliwości.

- Drodzy państwo, chciałabym państwu coś zwrócić - powiedziała do nas opiekunka roku i dała nam znak, żebyśmy się odwrócili.

Gdy to uczyniliśmy, ze zdumieniem spostrzegliśmy, że za nami leżą…

- Iiiiiiiiiiiiiii! - pisnęłam z dziką, niepohamowaną radością. Pobiegłam w podskokach w tamtą stronę, a inni (również ucieszeni, ale mniej egzaltowani) pośpieszyli za mną. - Nasze torby! Odnalezione! Uratowane! O, chwała niebiosom!

Złapałam moją śliczną granatową torbę i popatrzyłam na wyhaftowane na niej białe kwiatki. Tak, to ona. Moja ukochana torba. Nie pomyliłabym jej z żadną inną. Te kwiatki były niepowtarzalne, gdyż zostały wyhaftowane przez moją babcię, a ona ma charakterystyczny, indywidualny, unikatowy styl. “Anioł Informatyki jest wielki!” - pomyślałam, nie zważając na to, że taka postać może w ogóle nie istnieć. Grunt, że istnieje w moim umyśle. Tak jak ta wirtualna torba.

- Tak, to są państwa torby, przeniesione metodą “wytnij-wklej” z Matrixa - zgodziła się ze mną Czarna Kaśka. - Proszę sprawdzić, czy nic państwu nie zginęło, bo czasami, podczas przenoszenia obiektów, zdarzają się drobne błędy.

Zajrzałam do wszystkich kieszeni, ale nie zauważyłam, żeby cokolwiek z nich zniknęło. Inni studenci również nie zgłosili żadnej zguby. Mogłam z pełną odpowiedzialnością za słowa powiedzieć, że nasze torby zostały szczęśliwie przetransportowane z Matrixa do Konstruktu. Profesjonalizm i odpowiedzialność godne… hmmm… najlepszych lotnisk. Ciekawe, kto się tym zajął? Może operator Merkuriusz? Tak, to na pewno on. Fenomenalny człowiek.

- Pani doktor - zwróciłam się do Catherine, gdyż nasza opiekunka roku miała stopień naukowy doktora. - Jeśli nie będzie to dla pani problemem, proszę powtórzyć Merkuriuszowi, że jest Aniołem Informatyki.

Czarna Kaśka, która widocznie była w lepszym humorze niż kilka minut wcześniej, wyjęła z kieszeni telefon komórkowy, wystukała jakiś numer, przyłożyła słuchawkę do ucha, a potem zakomunikowała:

- Merkuriuszu, pani Firlej pragnie ci przekazać, że jesteś Aniołem Informatyki.

Nie usłyszałam jego odpowiedzi, ale uśmiech na surowej twarzy Catherine spowodował, że domyśliłam się, iż Merkuriusz powiedział “Dziękuję” lub “Bardzo mi miło”.

Zrobiło się naprawdę sympatycznie. Tak przyjaźnie… A nawet lepiej niż przyjaźnie. Po prostu rodzinnie. W takiej chwili można było zapomnieć o brudzie, biedzie i buractwie w Realnym Świecie. Nawet, gdyby się o nich pamiętało, wydawałyby się one odległe i nierzeczywiste. Nie wiem, czy to dobrze o mnie świadczy, ale w wirtualnej rzeczywistości czuję się bardziej “u siebie” niż w Realu. Może to kwestia tego, że wychowałam się w programie komputerowym? Pytanie za sto punktów: co jest moją Ojczyzną? Stworzono mnie w Realnym Świecie. Tutaj powstało moje ciało, tutaj byłam i jestem fizycznie obecna. Ale duchem i umysłem zawsze byłam gdzie indziej. To z Matrixem przez całe życie się identyfikowałam. To w nim przeżywałam wszystkie radości i smutki. Teraz akurat byłam w Konstrukcie. Chociaż przebywałam w nim po raz pierwszy, był mi on znacznie bliższy niż Real.

- Państwa torby będą przechowywane właśnie tutaj - rzekła Czarna Kaśka, gdy już włożyła komórkę z powrotem do kieszeni. - To bezpieczny program stworzony przez ludzi i dla ludzi. Jego celem jest generowanie tego, na co mamy ochotę, i co może nam się przydać w Matriksie[33]. Jak widać, może on być również przechowalnią bagażu. Przypuszczam, że w tym programie będą państwo mieli niektóre zajęcia. Bardzo łatwo wygenerować tutaj podręczniki, a także przybory biurowe, takie jak długopisy, gumki czy ołówki. Wszystko w dowolnych kształtach i ilościach.

- A pieniądze też można wygenerować? - zapytał z zaciekawieniem Tomek.

Czarna Kaśka rozdziawiła buzię z oburzenia. Widać było, że bulwersuje ją fakt, iż komuś takie pytanie w ogóle przeszło przez myśl.

- Tak, pieniądze też można - odparła niecierpliwym, nadąsanym tonem.

- To fajnie - stwierdził cynicznie chłopak. - Wyprodukuję sobie grube miliony dolarów, a potem pójdę z tym do Matrixa. Ale będzie pompa!

- Ech, co za pokolenie - westchnęła kobieta. - Pokolenie nołlajfów!

- Ludzie, którzy nie mają życia, żyją pełnią życia - oświadczyłam. Rozpierała mnie duma, że udało mi się stworzyć tak zgrabny, oparty na paradoksie aforyzm.

Opiekunka roku skierowała twarz w moją stronę. Miała na nosie okulary przeciwsłoneczne, więc nie mogłam zobaczyć jej spojrzenia, ale z pewnością popatrzyła na mnie morderczym wzrokiem. To niewidoczne, acz łatwe do odgadnięcia spojrzenie dałoby się wyrazić za pomocą internetowej copypasty: “Nie ma w Was nic z wielkości Neo. Jesteście Cypherami, małymi tchórzliwymi kolaborantami, którzy walkę z Matrixem przy pierwszym ryzyku zamienią na służbę” (słowa zaczerpnięte z listu Roberta Krasowskiego do popleczników Kataryny)[34]. “Chwała bohaterom, ale odrobina rozrywki też jest potrzebna” - pomyślałam.

CIĄG DALSZY NASTĄPI



******************************
PRZYPISY (numeracja ciągła)
******************************


[18] Odnośnik do pełnej treści wiersza: http://www.poezjaa.info/index.php/index.php?p=2&a=1&u=16

[19] O poduszkowcach z trylogii “Matrix” rodzeństwa Wachowskich można poczytać na stronie: http://matrix.wikia.com/wiki/Hovercraft

[20] Termin zapożyczony z peerelowskiej propagandy. “PZPR posługując się tym sformułowaniem, usiłowała skompromitować studentów pochodzących z bogatych rodzin (najczęściej były to rodziny wysokich urzędników PRL), sugerując, że wychowani w luksusie symbolizowanym w danym wypadku przez deficytowe w okresie małej stabilizacji banany, nie znają istotnych problemów środowiska akademii, a tym samym nie mogą reprezentować jego interesów” (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Bananowa_m%C5%82odzie%C5%BC).

[21] Chodzi tutaj o wojnę ukazaną w filmie “Matrix. Rewolucje” (2003).

[22] Cytat z pierwszej części trylogii (“Matrix” 1999). Oryginalne brzmienie: “As long as the Matrix exists, the human race will never be free” (cyt. za: http://matrix.wikia.com/wiki/The_One).

[23] Czyli tak: http://www.reactionface.info/sites/default/files/images/1287666826226.png

[24] “Czym jest creepypasta? – Creepypasta to krótka opowieść krążąca po internecie mająca na celu wywołać u czytającego uczucie strachu. Opowieść taka może przybrać formę legendy miejskiej” (źródło: http://pl.creepypasta.wikia.com/wiki/Creepypasta_Wiki). Przykładowe creepypasty o tematyce informatycznej: “Binarne DNA” (http://www.youtube.com/watch?v=wZ0hA5r5FYU), “Smile.jpg” (http://www.youtube.com/watch?v=0oykdHJfE_0), “Barbie.avi” (http://www.youtube.com/watch?v=i1cGMusXtGo). Warto zaznaczyć, że creepypasty o George’u i Trevorze, opowiedziane przez Doca i Bata, zostały wymyślone przeze mnie, Witoldę Wandę Wiarus, na potrzeby niniejszego fan fiction.  

[25] Akapit lekko inspirowany powieścią “Animorphs. Pojmanie” Katherine Alice Applegate, w której jeden z bohaterów upada i traci przytomność, a do jego mózgu wchodzi przez ucho ślimakowaty kosmita (Yeerk).

[26] Cyt. za: http://opera.szczecin.pl/repertoire/madama-butterfly/ Fragment obcojęzycznej wersji opery, w którym padają te słowa, można znaleźć na stronie: http://www.youtube.com/watch?v=Eyw6qPKJiwU

[27] Randle Patrick McMurphy, bohater powieści Kena Keseya i filmu Milosa Formana, był pacjentem szpitala psychiatrycznego. Sadystyczna pielęgniarka oddziałowa, siostra Mildred Ratched, karała go za nieposłuszeństwo elektrowstrząsami.

[28] Polskie przekłady creepypasty są dostępne w formie tekstu (http://pl.creepypasta.wikia.com/wiki/Jeff_The_Killer) i słuchowiska (http://www.youtube.com/watch?v=tG1WISJKugA). O postaci Jeffa można poczytać w anglojęzycznej Wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Internet_phenomena#Other_phenomena

[29] Słowa z wiersza Juliusza Słowackiego zastosowane również w książce “Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego.

[30] Osoby, które pragną przeczytać tę creepypastę, mogą to zrobić na stronie: http://pl.creepypasta.wikia.com/wiki/Suicidemouse.avi Polecam także słuchowisko “SuicideMouse.avi” w mistrzowskiej interpretacji użytkownika CierpnacaSkora: http://www.youtube.com/watch?v=GvOu8PZSYkM Spreparowany filmik “SuicideMouse.avi”: http://www.youtube.com/watch?v=0eD4_zFt1c4

[31] Zwiastun filmu “Ania z Zielonego Wzgórza“, w którym występuje tytułowa bohaterka, czyli panna Shirley: http://www.youtube.com/watch?v=czJi_FpLBYY Video clip “A cause de l’automne” Alizee: http://www.youtube.com/watch?v=XPDEqUnNulg

[32] Cytat z wykładu “Typologia kultur pozaziemskich - Danuta A. Sharma - X Harmonia Kosmosu - 21.12.2102“ (http://www.youtube.com/watch?v=cJdnB2ZBQFg).

[33] Dokładny opis programu Konstrukt: http://matrix.wikia.com/wiki/Construct

[34] “Od ang. copy i paste. Wszystko stworzone metodą kopiuj-wklej” (źródło: http://www.miejski.pl/slowo-Copypasta). Nie zaszkodzi zauważyć, że wyraz “pasta” to w języku angielskim “makaron“. Ciekawostka: znany nam już rzeczownik “creepypasta” (dosłownie “przerażającymakaron“) pochodzi właśnie od rzeczownika “copypasta“.  
 

Matrix: Księga Nołlajfów. Ania z Zielonego Kodu (cz. 2)

Autor: njnowak | Kategorie:
Tagi:
24. kwietnia 2014 12:13:00

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Przesunięcie strukturalne





“Uparcie i skrycie
och życie kocham cię kocham cię
kocham cię nad życie
W każdą pogodę
potrafią dostrzec oczy moje młode
niebezpieczną twą urodę

Kocham cię życie
poznawać pragnę cię pragnę cię
pragnę cię w zachwycie
choć barwy ściemniasz
wierzę w światełko które rozprasza mrok (…)

Kocham cię życie
Kiedy sen kończy się kończy się
kończy się o świcie
A ja się rzucam
Z nadzieją nową na budzący się dzień”


Edyta Geppert - “Och, życie, kocham cię nad życie”
(sł. Wojciech Młynarski, muz. Włodzimierz Korcz)[7]




To nie jest opowieść o mnie. Nie jest to również opowieść o obronie ludzkości. To jest opowieść o czterystu pięćdziesięciu młodych ludziach, którzy - w imię ratowania pewnego wydziału - zostali uwikłani w ryzykowne przedsięwzięcie. Jak to się stało, że spotkałam profesora Dedalusa? Opowiem o tym później, gdyż jest to nudna historia, a ja chcę od razu przejść do konkretów. Zawsze byłam niecierpliwa. Ja, Ania Firlej. Gdy rozgrywały się te wydarzenia, byłam 19-letnią absolwentką liceum. Oficjalnie już studentką, ale mentalnie nadal maturzystką. Nie umiałam jeszcze studiować, nie znałam uczelnianej rzeczywistości. Wszystko było dla mnie nowe. Poznawane zjawiska fascynowały mnie, zupełnie jak winda, która sprawia frajdę dziecku mieszkającemu na co dzień w domku. Banały, widziane po raz pierwszy, nie są banałami.    

Z Dedalusem mieliśmy się spotkać w byłej siedzibie Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Henryka Sienkiewicza. Było to dość dziwne, bo WE UHS (jak na ironię, przez kłopoty ekonomiczne) wystawił ten budynek na przetarg. Myślałam… i chyba wszyscy myśleli… że ta budowla stoi zamknięta, że świeci pustkami, że nikt już z niej nie korzysta. I faktycznie, była ona ogołocona niemal ze wszystkich sprzętów z wyjątkiem stołów, ławek, krzeseł, tablic i podstawowych przyborów. Pod pewnymi względami przypominała element wymarłego miasta, po którym nie spaceruje już nikt oprócz Ciszy, Śmierci i Duchów pamiętających lepsze czasy. Czy chciano ją sprzedać razem ze standardowym wyposażeniem? Razem z gąbką, która kiedyś żyła w rafie koralowej, i kredą, która przemieniała ludzkie myśli w białe znaki graficzne?

Do sali, w której siedział profesor, wchodziliśmy pojedynczo (“my“ - grupa z Polski B. Grup było łącznie pięćdziesiąt, i to z całego świata. Ciekawie było wiedzieć, że chociaż my, uczestnicy projektu, jesteśmy tak różni, łączy nas metafizyczna wspólnota doświadczeń). Kiedy jedna osoba znikała za drzwiami, reszta czekała na swoją kolej w korytarzu. Atmosfera była dosyć napięta: ludzie siedzieli, chodzili, czytali, próbowali rozmawiać. Ci, którzy byli już doświadczonymi studentami, mówili, że przypominało to oczekiwanie na egzamin ustny. Ja miałam wejść jako szósta. I wiecie co? Zauważyłam, że osoby, które wchodziły do sali, już stamtąd nie wracały. Przypuszczałam, że siedzą w ostatnich rzędach… Jednak gdy zostałam wezwana do pomieszczenia, przekonałam się, że piątki moich poprzedników nigdzie nie ma.

Okno było zamknięte. W pierwszej chwili pomyślałam, że może być JUŻ zamknięte. Później jednak zrozumiałam, że gdyby okno takie, jak to, zostało otwarte i zamknięte, ludzie w korytarzu na pewno by to usłyszeli. A nie było żadnego hałasu. Nic. Tylko rozmawiające głosy, brzmiące jak cicha muzyka, w której nie da się rozróżnić poszczególnych dźwięków. Za oknem padał deszcz, stukając intrygująco w szybę. Niewielu ludziom chciałoby się otwierać okno w taką pogodę (chociaż czasem, zwłaszcza latem, przyjemnie jest wystawić ręce na zewnątrz i pozwolić, żeby krople deszczu rozbijały się o ciało. Kto by pomyślał, że Chińczycy w podobny sposób torturowali niepokornych? Świat jest taki niejednoznaczny!). Więc co się stało z pięciorgiem moich poprzedników? Z Tomkiem, Jankiem, Gilbertem, Danką i Moniką?

Nie miałam czasu na rozważanie tego dylematu, gdyż Dedalus - niemłody, siwiejący, łysiejący człowiek - przywołał mnie do siebie. Siedział przy biurku, a ja usiadłam naprzeciwko niego w ławce. Zapytał mnie o nazwisko i kierunek studiów, kazał wyjąć zeszyt i “coś do pisania”. Zrobiłam wszystko bez żadnego “ale” (miałam przy sobie torbę, tę samą, którą zabierałam na zajęcia. Piękną, granatową torbę z wyhaftowanymi białymi kwiatami. Wyobrażone kwiaty wyglądały jak żywe. Dosłownie żywe. I tak niewinne, że kojarzyły mi się z pewnymi zaklętymi niewiastami. Pamiętacie balladę “Świteź“ Adama Mickiewicza?[8]). Rzuciło mi się w oczy, że na biurku, tuż przy profesorze, obok srebrzystego laptopa, leżą czarne okulary przeciwsłoneczne. Była to kolejna rzecz, która mnie zaskoczyła. No, bo listopad… Słońce zasłania twarz…

Moje chaotyczne przemyślenia przerwał głos profesora:

- Był kiedyś pewien człowiek, antropolog, nazywał się Claude Levi-Strauss. Prowadził badania terenowe, mocno się inspirował językoznawstwem, zwłaszcza dorobkiem Jakobsona i de Saussure’a. Może pani kiedyś o tym poczytać. Człowiek ten, Levi-Strauss, zauważył coś, o czym chciałbym dzisiaj z panią porozmawiać. Spostrzegł mianowicie, że wszystko, co nas otacza, cały świat, w którym żyjemy, składa się z opozycji binarnych. Kultura i cywilizacja… Różne religie, wierzenia i światopoglądy… Mity i legendy… To wszystko, w ostatecznym rachunku, sprowadza się do zer i jedynek. Jak w komputerze. Weźmy na przykład coś takiego jak język. Język, jak pani wie, jest czymś niesamowicie złożonym. Czymś, co można badać pod wieloma kątami, czymś, co czasem trudno pojąć i przyswoić. A jednak nawet język jest niczym innym jak zbiorem prostych przeciwieństw. Podstawowe jednostki języka, fonemy, dzielą się na samogłoski i spółgłoski. Dwójkowy system, binarna opozycja. Samogłoski i spółgłoski również dzielą się w sposób zerojedynkowy. Mogą być otwarte lub zamknięte, jasne lub ciemne, skupione lub rozproszone. Jeśli spojrzy pani na kuchnię dowolnej społeczności, przekona się pani, że doskonale wpisuje się ona w zerojedynkowy schemat. Każda kuchnia zna opozycję między przetworzonym a nieprzetworzonym. Przetworzone może być warzone, czyli przekształcone przez człowieka, albo zepsute, czyli przekształcone przez naturę. Nieprzetworzone to inaczej surowe. Istnieją opozycje między surowym a warzonym i między surowym a zepsutym. Weźmy opozycję między surowym a zepsutym. Formą bliską surowego jest pieczone, formą bliską zepsutego jest gotowane. Z opozycją między pieczonym a gotowanym wiążą się dalsze opozycje. Pieczone to obieg otwarty, pożywienie arystokracji, natura, śmierć, coś kojarzonego z mężczyznami. Gotowane to obieg zamknięty, pożywienie ludu, kultura, życie, coś kojarzonego z kobietami. Pospolity binaryzm. Jeżeli pójdzie pani dalej, zobaczy pani, że za tymi zerami i jedynkami są kolejne zera i jedynki. Ta prosta, zerojedynkowa struktura, przypominająca kod komputerowy, rozciąga się w nieskończoność i obejmuje cały świat. Proszę przeczytać “Trójkąt kulinarny” Levi-Straussa[9]. To krótki tekst, a otwiera oczy na wiele spraw.

Notowałam ten wywód najdokładniej jak potrafiłam. Starałam się zapisać każdą myśl, każde hasło… Nie miałam jednak pojęcia, dlaczego Dedalus poruszył właśnie ten temat. I za nic nie mogłam odgadnąć, do czego właściwie zmierza. Pomyślałam, że jeśli sprowadził mnie tutaj, żeby podyskutować ze mną o wyższości pieczonego nad gotowanym, to właśnie tracę czas. A przecież mogłabym czytać lekturę lub odrabiać prace pisemne. Spacerować po parku, mijając roznegliżowane drzewa, albo swobodnie rozmawiać z moją najbliższą przyjaciółką. Nawet, gdyby miały nas rozdzielać ekrany i kilometry przestrzeni.     

- Proszę się zastanowić - rzekł profesor po krótkiej pauzie - jak by pani zareagowała, gdyby się pani dowiedziała, że świat naprawdę jest iluzją bazującą na zerojedynkowym, komputerowym kodzie. W świetle tego, co pani powiedziałem, nie byłoby to wielkim zaskoczeniem, prawda?

- No, chyba nie - odparłam ostrożnie. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, a nie chciałam wywrzeć na nim negatywnego wrażenia. Co on tak się uwziął na te komputery?! Dla mnie komputer jest jak ta kreda materializująca ludzkie myśli. Jak zaczarowany ołówek na usługach człowieczego umysłu. Ale umiałabym się bez niego obyć. Jeżeli ktoś ma bujną wyobraźnię, to nie potrzebuje komputera ani innych zdobyczy techniki, żeby zagłębić się w świecie fantazji. Iluzja, nie iluzja… Jedno i drugie można przeżywać równie mocno. Dlaczego ten facet wszystko spłyca, redukując życie do dwóch nudnych liczb?!

- Wróćmy do opozycji binarnych - powiedział Dedalus. - Każde zero ma swoją jedynkę, każda jedynka ma swoje zero. Dla każdego “nie” jest “tak”, dla każdego “tak” jest “nie”. Co by się stało, gdybym pani powiedział, że nasz świat to takie “zero” lub “nie”? Musiałoby to oznaczać, że gdzieś we Wszechświecie jest jego przeciwieństwo, czyli “jedynka” lub “tak”. Słyszała pani o dialektyce Georga Wilhelma Friedricha Hegla[10]?

- Nie.

- A czytała pani “Ferdydurke” Witolda Gombrowicza?

- “Ferdydurke”? Czytałam.

- Skoro pani czytała, to na pewno pani pamięta prawo symetrii. Jeśli jest synteza, to musi być również analiza. Jeśli jest Filidor, to musi być również Anty-Filidor[11]. A zatem skoro jest świat, który pani widzi, to pewnie jest też świat, którego pani nie widzi. Taki świat naprawdę istnieje i nie jest to żadna teoria filozoficzna. To fakt, do którego można się zbliżyć. Fakt, którego można osobiście doświadczyć. Chciałbym to pani udowodnić. I dlatego zaprosiłem panią na dzisiejszą rozmowę kwalifikacyjną.

Myślę, że powinnam teraz opowiedzieć, jak to się stało, że poznałam Dedalusa. Otóż byłam świeżo upieczoną studentką filozofii: bardzo pilną, systematyczną i zabiegającą o dobrą opinię prowadzących. Pewnego dnia miałam wykład poświęcony poglądom Platona. Wykładowca, doktor w średnim wieku, skupił się zwłaszcza na jego koncepcji jaskini[12]. Niezwykle plastycznie opisał wizję ludzi przykutych do skały i oglądających cienie na przeciwległej ścianie. Żaden z tych nieszczęśników nie wie, że cienie są tylko odbiciami różnych rzeczy i że jaskinia jest więzieniem oddzielającym ich od prawdziwego świata. Gdyby ktoś wszedł do groty i oświadczył, że na zewnątrz istnieje niezmierzony świat idei, nie byliby w stanie w to uwierzyć. Przyznam, że byłam bardzo aktywna podczas tych zajęć.

Wyraziłam na przykład opinię, że nieznajomość realnego świata nie musi być upośledzeniem. Osoby przykute do ściany mogą wyobrażać sobie całą masę alternatywnych, niedostępnych, odległych światów. Mogą, za pomocą własnej fantazji, kreować te światy na tysiąc sposobów. Tworzyć je, rozwijać, zmieniać, kontrolować, niszczyć - zupełnie jak bogowie. Przez przypadek mogą nawet wymyślić świat doskonalszy od świata idei. Gdyby więźniowie wyszli z groty i zobaczyli rzeczywistość, wzbogaciliby się w wiedzę, ale mogliby stracić umiejętność fantazjowania. Na przerwie doktor poprosił mnie, żebym została dłużej po zajęciach. Bałam się, że powiedziałam coś nie tak i że sobie przechlapałam. Ale nie… Wykładowca oznajmił, że mam ciekawą umysłowość, a on zna uczonego, z którym mogłabym pogawędzić na tematy zbliżone do jaskini Platona. Tak to się zaczęło.

- Zetknęła się pani kiedyś z koncepcją “mózgu w naczyniu” Hillary’ego Putnama[13]? - spytał Dedalus. - Pewnie nie, ale streszczę pani pokrótce, o co chodzi. Putnam wyobraził sobie ludzki mózg… zwykły, nagi, ludzki mózg… zamknięty w naczyniu i podłączony do zaawansowanej aparatury. Mózg, stymulowany impulsami elektrycznymi, otrzymuje różnorakie wizje. Widzi ludzi, zwierzęta, rośliny, przedmioty i elementy przyrody nieożywionej. Wszystkie te rzeczy jawią mu się jako realne i namacalne. Mózg, pogrążony w wygenerowanych komputerowo majakach, nie ma pojęcia, że jest tylko mózgiem zamkniętym w naczyniu. Wierzy, że jest człowiekiem przeżywającym najrozmaitsze perypetie. Nie wiem, jak pani przyjmie to, co teraz powiem, ale rzeczywistość jest bardzo podobna do koncepcji Putnama. Może nie do końca mamy tutaj do czynienia z nagim mózgiem i naczyniem… jednak stan, w którym się znajdujemy… pani, ja i miliardy innych ludzi… ma bardzo dużo wspólnego z opisanym wyobrażeniem. To, co teraz mówię, może brzmieć dla pani jak fantastyka, ale potrafiłbym pani udowodnić, że naprawdę tak jest. Jeśli wyrazi pani zgodę, mogę to zrobić jeszcze dzisiaj. Czy zdecyduje się pani wziąć udział w takim… eksperymencie?  

- Jasne, czemu nie - odpowiedziałam ochoczo. Zobaczyłam, że na twarzy Dedalusa pojawiło się lekkie zaskoczenie. Profesor był zdziwiony faktem, że z taką łatwością przełknęłam jego rewelacje i że z entuzjazmem przyjęłam jego ofertę. Widocznie wcześniej nie zetknął się z taką reakcją. - Jeśli to możliwe, to… bardzo chętnie. Zawsze interesowałam się takimi rzeczami.

- Świat, który pani zna i widzi - tłumaczył naukowiec - to trójwymiarowa symulacja generowana przez superkomputery i odgradzająca panią od rzeczywistości. Nosi ona nazwę Matrix. Proszę zanotować: “Matrix” przez “x”.

Byłam tak podekscytowana, że przez nieuwagę napisałam “Matrix przez x” zamiast po prostu “Matrix”. Czułam, że uczestniczę w czymś szalonym, ale tak fascynującym, że grzechem byłoby się z tego wycofać. Myślałam sobie: “Może to głupie, że siedzę w nieużywanym budynku WE UHS i rozmawiam z obcym facetem o mózgu w naczyniu. Lecz jeśli to, co on mówi, jest mniej lub bardziej prawdziwe, to właśnie stoję przed życiową szansą”. Serce waliło mi jak młotem. Nie ze strachu, tylko z niecierpliwości. Chciałam wiedzieć, co się zaraz stanie, co zobaczę, co usłyszę, co poczuję. Powiedzmy sobie szczerze: w czymś takim jeszcze nie uczestniczyłam.  

- Tak naprawdę, nie znajduje się pani teraz w byłej siedzibie Wydziału Ekonomicznego UHS - zdradził Dedalus. - Jest pani w zupełnie innym miejscu. Gdzieś, gdzie umieszczono panią, gdy była pani jeszcze niemowlęciem. Mnie również tutaj nie ma. Jestem w budynku Uniwersytetu w Syjonie, a dokładniej w Zakładzie Antropologii Strukturalnej na Wydziale Nauk Społecznych i Humanistycznych. Rozmawiam z panią, ponieważ chcę panią namówić na studia w naszej jednostce. Chodzi mi o wydział. Jeśli zdecyduje się pani podjąć studia na WNSiH i pisać pracę dyplomową o Matriksie, zapewnimy pani kwaterę, odzież, wyżywienie, wyprawkę, a nawet opiekę lekarską i psychologiczną.

- Czy będę musiała dużo… - zaczęłam, ale mój rozmówca natychmiast mi przerwał.

- Za nic nie będzie musiała pani płacić - zapewnił gorąco.

Żałuję, że nie zapytałam go wówczas: “A kto zapłaci? Podatnicy?“.

- Tylko niech pani weźmie udział w projekcie - prosił Dedalus. - Nasz wydział jest w tragicznej sytuacji. Grozi mu likwidacja. A nie chciałbym, żeby jedyna w Realnym Świecie instytucja zajmująca się naukami społecznymi i humanistycznymi została zlikwidowana. Niech się pani zgodzi, pani Anno. W imię przyszłości naszego gatunku. W imię dziedzictwa kulturowego ludzkości!  

- Zgadzam się - powiedziałam. Niewiele rozumiałam z tego, co mówił profesor, ale czułam, że sprawa jest bardzo poważna. Intuicja podpowiadała mi, że Dedalus nie żartuje i że naprawdę chodzi mu o los ludzkiej rasy. Poza tym, coraz bardziej się niecierpliwiłam, bo strasznie chciałam zobaczyć inny wymiar.       

- Niech pani wybierze jedną z tych pigułek - poprosił profesor, wyjmując zza pazuchy dwie kolorowe tabletki i wyciągając dłonie w moją stronę. - Niebieska pigułka jest strukturalnie związana z Matrixem. Czerwona pigułka jest strukturalnie związana z Realnym Światem. Niebieska to bierność, niezmienność, kłamstwo, wirtualność, zniewolenie i uległość. Czerwona to aktywność, zmiana, prawda, realność, wyzwolenie i opór. Niebieska to sen i martwota. Czerwona to przebudzenie i życie. Niebieska to świat maszyn. Czerwona to świat ludzi. Niebieska to bezpieczeństwo. Czerwona to ryzyko. Niebieska to zakorzenienie. Czerwona to wykorzenienie. Niebieska to nieświadomość. Czerwona to świadomość. Niebieska to ignorancja. Czerwona to wiedza.   

- Opozycje binarne - mruknęłam, sięgając po czerwoną pigułkę. Włożyłam ją do ust i połknęłam, popijając przepysznym napojem, który miałam w mojej granatowej torbie (mięta i jabłko! Mmmm! Pychota!).

- Wszystko jest opozycją binarną - stwierdził Dedalus. - Nawet społeczeństwo. Jeśli przyjrzy się pani strukturze społecznej, zauważy pani, że ludzie dzielą się na dwie grupy: posiadających i nieposiadających. Domeną tych, którzy posiadają, jest władza, dominacja, prestiż, satysfakcja, bogactwo i kapitał. Domeną tych, którzy nie posiadają - poddaństwo, podporządkowanie, wzgarda, frustracja, ubóstwo i praca. Jedni wyzyskują, drudzy są wyzyskiwani. Jedni mają coraz więcej, drudzy coraz mniej.

Zastanowiłam się, czy kolory pigułek (niebieski i czerwony) nie są strukturalnie związane z jakimiś opcjami politycznymi[14]. Niestety, było już za późno. Połknęłam czerwoną pigułkę. Co się stało, to się nie odstanie.

- Strukturalizm mówi, że zmiana jednego ogniwa pociąga za sobą zmianę całego łańcucha[15] - oznajmił profesor. - Pani, połykając czerwoną pigułkę, postawiła się na biegunie opozycyjnym względem Matrixa. Za chwilę doświadczy pani strukturalnego przesunięcia świadomości. Pani jaźń, która teraz jest na biegunie matrixowym, przejdzie na biegun realnoświatowy. Zajmie pani przeciwną pozycję w binarnej opozycji. Chcę być wobec pani uczciwy. To, co pani ujrzy, może panią zszokować, a nawet przerazić. Ale proszę się nie martwić: opiekunka roku, promotor i inni zaraz po panią przylecą.

Moje serce, które na moment zdołało się uspokoić, znowu zaczęło łomotać jak szalone. Sądziłam, że to już… Za sekundkę… Za dwie sekundki… Ale nie, nie tak od razu. Przed opuszczeniem Matrixa musiałam jeszcze podpisać kilka druczków, które w ostatniej chwili podsunął mi Dedalus. Były to bzdetki typu “Oświadczam, że zostałem(am) poinformowany(a)…”, “Zobowiązuję się do przestrzegania regulaminu…” czy “Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych…”. A wy myśleliście, że co? Że profesor wyższej uczelni, występujący w roli rekrutera, pozwoliłby mi odejść bez dopełnienia formalności? Podejrzewam, że bez załatwienia papierkowych spraw nie zezwoliłby mi nawet na powrót do domu. Kiedyś kupię sobie koszulkę z napisem “Gardzę biurokracją gdziekolwiek jestem”.     

- Rozmowa odbyta, pigułka połknięta, formularze wypełnione - wyliczył na głos Dedalus, zwracając się bardziej do siebie niż do mnie. - Chyba o niczym nie zapomniałem. Ech, kiedyś odprawianie ludzi na tamten świat było znacznie łatwiejsze.

- Dlaczego to się zmieniło? - zapytałam.

- Kilka lat temu była ostra nagonka na wybudzających - usłyszałam w odpowiedzi. - Ludzie się żalili, że nie są należycie informowani o tym, co zobaczą i przeżyją po drugiej stronie. Teraz jest taki wymóg, że każdy wybudzający musi udzielić wybudzanemu dokładnych informacji jeszcze przed przebudzeniem. Jesteśmy z tego rozliczani. Jeśli przebudzony dojdzie do wniosku, że budzący był nierzetelny, może nawet wnieść sprawę o odszkodowanie. Niektórzy twierdzą, że to dobrze. Kiedyś wybudzający robili uniki w stylu “Nie da się wytłumaczyć, czym jest Matrix”[16]. To, że ktoś nie umie wyjaśnić, czym jest Matrix, nie oznacza, że jest to niemożliwe do wyjaśnienia. Wskazuje tylko, że wybudzający jest kiepski i powinien się zająć pieleniem grochu.

Zachichotałam nerwowo.

- Niedawno pojawił się pomysł, żeby budzenie ludzi z Matrixa wymagało posiadania odpowiedniej licencji - ciągnął profesor. - A najlepiej ukończenia jednolitych studiów magisterskich na kierunku Inicjacja i Iluminacja. To już jest przesada. Ale w naszym… to znaczy: w systemie Syjonu wszystko jest możliwe.

Dedalus spojrzał na zegarek, a ja tymczasem niecierpliwie przytupywałam stopą. Dlaczego ten facet bredzi bez sensu, marnując czas swój, mój i studentów w korytarzu?! Sam chciał mi udowodnić, że świat, który znam, jest fikcją, a teraz uskutecznia jakieś suspensy i retardacje.   

- No dobrze, niech pani idzie - powiedział wreszcie naukowiec, stukając w klawiaturę swojego srebrzystego laptopa. Być może wpisywał jakieś hasła i kody związane z moim oświeceniem. - Komu w drogę, temu czas. Mam nadzieję, że zobaczymy się na zajęciach, jeśli wybierze pani Antropologię Kulturową, Socjologię, Matrixologię lub Matrix Studies. Do widzenia, pani Anno!

- Do widzenia! - odpowiedziałam.

Ogarnęło mnie takie uczucie, jakbym się zrobiła ciężka jak z ołowiu. Znacie te koszmarne sny, w których człowiek musi się śpieszyć lub uciekać, a nie może, bo jego nogi i ręce są ociężałe? Właśnie coś takiego mnie spotkało. Zaczęłam się… To znaczy: próbowałam się ruszać, żeby jakoś zrzucić z siebie ten ciężar, ale niewiele mogłam zrobić. Uczucie ociężałości było coraz silniejsze. “Niech pani idzie, bo mam jeszcze trzy osoby, a za godzinę kończę pracę” - usłyszałam głos Dedalusa. Próbowałam wstać z krzesła, a przynajmniej zsunąć się na podłogę, jednak było to ponad moje siły. Przestraszyłam się. “No, niech pani idzie” - powtórzył niecierpliwie profesor. Im bardziej mnie poganiał, tym większa była moja ociężałość i frustracja. Dosłownie jak w koszmarze. I wtedy to się stało. Strukturalne przesunięcie świadomości.

Obudziłam się w Realnym Świecie. Zobaczyłam to, co tysiące ludzi przede mną i po mnie, a mianowicie własne ciało, z którego wystawały wielkie i ciężkie kable. Znajdowałam się w jakimś zamkniętym, półprzezroczystym, czerwonawym pojemniku, w kiślopodobnej cieczy, znacznie gęstszej niż woda. Szybko wydedukowałam, z czego wynika moje poczucie słabości i ociężałości. Czułam się jak mózg w naczyniu. Ten, o którym opowiadał Dedalus. Ale nie byłam tylko mózgiem: miałam ręce, nogi, tułów, cycki… Uświadomiwszy sobie, że nie jest ze mną tak tragicznie, zdołałam zniszczyć wieko pojemnika i podnieść się do pozycji siedzącej. Prawie wszyscy tak robią, więc nie mam czym się popisywać. Popatrzyłam na to, co mnie otaczało. I poczułam się jak… jak… jak jedna z kur na wielkiej kurzej fermie.  

Takich jak ja były miliony. Co ja mówię. Miliardy. Wszyscy zamknięci w tych nieszczęsnych, czerwonawych pojemnikach, podłączeni do aparatury, zanurzeni w obrzydliwym pseudokiślu. Moje podobieństwo do tych ludzi polegało na tym, że ja też byłam jeszcze połączona kablami z tajemniczą machiną. Różniło mnie od nich to, że byłam świadoma i aktywna, a oni spali w najlepsze, nie domyślając się prawdy. Tak sobie siedziałam “w tych pięknych okolicznościach maszynerii”[17], a przez głowę przelatywały mi niezliczone myśli. Dotarło do mnie, że chociaż nigdy nie widziałam… a przynajmniej nie pamiętałam, żebym widziała… tego miejsca, prawdopodobnie jest to teren, na którym spędziłam całe życie. Leżałam tak zawsze, od początku swoich dni, a w głowie roiło mi się coś, co pompowała mi do mózgu maszyna.

Zrozumiałam, że tak naprawdę nie ma wspaniałego deptaku, po którym zawsze maszerowałam na uczelnię i który w ciepłe dni pełnił funkcję sceny dla mimów i grajków. Że nie ma starego dębu otoczonego błękitnym płotkiem i opatrzonego tabliczką z napisem “Pomnik przyrody”. Że nie ma ogródka, w którym moja ciocia sadzała m.in. bratki, astry, szałwie i surfinie. Że nie ma stawu, w którym pływały brązowe kaczki i zielonogłowe kaczorki, i że same kaczki i kaczorki były zwykłymi hologramami. Zaczęły mi się przypominać różne sceny z mojego życia. A właściwie: z tego, co jawiło mi się jako życie. Przypomniały mi się kilkunastodniowe, rodzinne wczasy w Rabce-Zdroju. W moim umyśle odtworzył się widok Tatr, a także uczucie ekscytacji, które towarzyszyło mi podczas pobytu w Rabkolandzie.

Zdradzę Wam pewien sekret: nie uważam tych chwil za niebyłe. Dziecinna radość, którą odczuwałam podczas korzystania z kolorowych karuzel, a także zachwyt wywołany bliskością podhalańskiego krajobrazu, były dla mnie stuprocentowo realne. Naprawdę cieszyłam się jak dziecko, kiedy jeździłam na Balerinie, i naprawdę umierałam z zachwytu, gdy patrzyłam na szczyty polskich gór. Wyraźnie odczuwałam te emocje i jestem gotowa polemizować z każdym, kto powie, że była to bujda i ułuda. Nigdy nie zabraknie Dedalusów, którzy będą opowiadać o impulsach elektrycznych i mózgach w naczyniach. Ale ja wiem swoje: moje wakacyjne przeżycia były prawdziwe. Któż, jeśli nie ja, może trafnie ocenić MOJE wrażenia i doświadczenia? Skłamałabym, gdybym powiedziała, że pobyt w Rabce-Zdroju nic dla mnie nie znaczył.

Jak wam się wydaje, co będę wspominać do końca życia: kable i maszyny, czy tradycyjne oscypki, góralskie stroje, zabawy na drewnianym placu zabaw i rozradowane pyski owczarków podhalańskich? Oczywiście, że ten drugi zestaw. To, że poznałam prawdę, nie zmienia faktu, że świetnie się bawiłam u podnóża Tatr. Owszem, cała moja przygoda była wygenerowaną komputerowo symulacją. Ale jakie to ma znaczenie? Zabawa była przednia, a prawdy mogłam nigdy nie poznać, jak większość ludzi uwięzionych w czerwonawych pojemnikach. Tak, macie rację: zawsze byłam okłamywaną, wyzyskiwaną bateryjką, nieruchomą i nieświadomą. Lecz nigdy, do choroby ciężkiej, mi to nie przeszkadzało. Przez dziewiętnaście lat w Matriksie doświadczyłam więcej radości i ekscytacji niż mogłabym doświadczyć przez sto lat w Realnym Świecie.  

Czerwonooki, głowonożny robot (jak się później dowiedziałam - mątwa) odłączył mnie od maszynerii. Po chwili zostałam wrzucona do ścieku niczym zużyty przedmiot lub odpad organiczny. Dopiero wtedy tak naprawdę poczułam, co to znaczy być dehumanizowaną… Chwilę później, zgodnie z obietnicą Dedalusa, przyleciał po mnie statek powietrzny, którego załoga zabrała mnie do siebie na pokład. Pierwszą osobą, którą tam zobaczyłam, była niska, szczupła kobieta po trzydziestce. Miała ona czarne włosy i surowy wyraz twarzy. Popatrzyła na mnie, zbadała mnie wzrokiem, a potem powiedziała coś, co kompletnie zbiło mnie z tropu:

- Dzień dobry. Czy może pani podać swój numer albumu?

Tak brzmiały pierwsze słowa, które usłyszałam w Realnym Świecie. Niestety, nie pamiętałam swojego numeru albumu, do czego od razu się przyznałam. Wątpię, czy ktokolwiek w mojej sytuacji pamiętałby o takich bzdetach. Czarnowłosa pani zaczęła na mnie krzyczeć, że numer albumu trzeba znać na pamięć i że ona pamiętała nawet numer swojej karty bibliotecznej. Później, już nieco łagodniej, zażądała, żebym mimo wszystko spróbowała sobie przypomnieć ten numer.

- Zero, jeden, zero, jeden, zero, jeden - powiedziałam dla św. Spokoju.

- Pani sobie kpiny robi! - pisnęła z oburzeniem kobieta, odgadując, że ma do czynienia z sarkazmem.

Słusznie, pomyślałam. Nie przelicza się życia na zera i jedynki.

CIĄG DALSZY NASTĄPI



******************************
PRZYPISY (numeracja ciągła)
******************************


[7] Pełny tekst piosenki znajduje się na stronie:
http://egeppert.com/dysko/texty/86.html
Jeśli ktoś chce posłuchać utworu, może skorzystać z linku:
http://www.youtube.com/watch?v=UDC9nvzprMQ

[8] Ballada jest dostępna on-line:
http://literat.ug.edu.pl/amwiersz/0009.htm

[9] Artykuł “Trójkąt kulinarny” Claude’a Levi-Straussa (w przekładzie Stanisława Cichowicza) można znaleźć pod adresem: http://strony.toya.net.pl/~jarula/images/tk.pdf Obszerniejszą wykładnią poglądów Levi-Straussa jest jego książka “Antropologia strukturalna” (pierwsze wydanie polskie: Warszawa 1970).

[10] “Hegla dialektyczna metoda”:
http://portalwiedzy.onet.pl/45831,,,,hegla_dialektyczna_metoda,haslo.html

[11] Nawiązanie do opowiadania “Filidor dzieckiem podszyty” zawartego w “Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Streszczenie “Filidora…“ znajduje się na stronie: http://polski.opracowania.pl/ferdydurke_w_gombrowicz/streszczenie/  

[12] Krótko o platońskiej “jaskini”:
http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/3917166/jaskinia-platona.html
http://www.slownik-online.pl/kopalinski/F8FE9F562499E61AC12565800000247C.php

[13] “Mózg w naczyniu” H. Putnama według polskojęzycznej Wikipedii:
http://pl.wikipedia.org/wiki/M%C3%B3zg_w_naczyniu

[14] Niebieski to symbol kapitalizmu i konserwatywnego liberalizmu (o czym przekona się każdy, kto spojrzy na logo Unii Polityki Realnej). Czerwony to symbol socjalizmu i komunizmu (o czym wie każdy, kto ma minimalne pojęcie o historii dwudziestego wieku). Profesor Dedalus, mówiąc o posiadających i nieposiadających, wyraźnie nawiązał do koncepcji marksistowskich. W ramach ciekawostki pozwolę sobie wkleić link do pewnej humorystycznej grafiki: http://4.bp.blogspot.com/_pS7sKjlzwFg/S_x0ruzHErI/AAAAAAAAFrk/vueflpKSMAI/s1600/Matrix+Lenin+Marxtrix.jpg

[15] “U podstaw podejścia strukturalizmu leży założenie, że poza często płynnymi i zmiennymi przejawami rzeczywistości społecznej możemy stwierdzić istnienie struktur, stanowiących ich fundament. Istotnym ich aspektem jest fakt, że struktury te nie są uświadamiane sobie przez członków społeczności, w której funkcjonują. Właściwym przedmiotem badań strukturalnych są szczególne modele stosunków społecznych, zwanych właśnie strukturami. Szczegółowość ta polega na tym, że spełniają one następujące kryteria:
- struktura ma charakter uporządkowanego systemu, to znaczy, iż składa się z takich elementów, że modyfikacja jednego elementu powoduje modyfikacje pozostałych;
- można przewidzieć, w jaki sposób dana struktura będzie reagowała w przypadku modyfikacji któregoś z elementów;
- dana struktura należy zawsze do pewnej grupy struktur o podobnych zależnościach;
- skonstruowana jest w ten sposób, że jej funkcjonowanie pozwala wyjaśnić wszystkie obserwowane fakty zbiorowości, w której ona występuje”
(źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Strukturalizm_%28socjologia%29).

[16] Cytat z oryginalnego filmu “Matrix” (1999) A. i L. Wachowskich.
http://www.youtube.com/watch?v=AJJ8FXH7gfQ

[17] Parafraza znanego cytatu z komedii “Rejs” Marka Piwowskiego. Oryginalna forma i kontekst: “- Snopki siana… Jedzą krowy… Chałupy przykryte okapem. O! Pies na uwięzi… O! - Ta… Ta… W tak pięknych okolicznościach przyrody… I niepowtarzalnej…” (cyt. za: http://pl.wikiquote.org/wiki/Rejs).
 

Matrix: Księga Nołlajfów. Ania z Zielonego Kodu (cz. 1)

Autor: njnowak | Kategorie:
Tagi:
07. kwietnia 2014 01:45:00

“’Dziewczyna czuje, - odpowiadam skromnie -
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!’”


Adam Mickiewicz - “Romantyczność”[1]




Opis opowiadania fan fiction[2]
“Matrix: Księga Nołlajfów[3]. Ania z Zielonego Kodu”

KTO POWIEDZIAŁ, ŻE KOMPUTERY SĄ NIEROMANTYCZNE?


Dedalus, profesor Uniwersytetu w Syjonie, znajduje w Matriksie grupę kilkuset zdolnych ludzi w wieku 18-28 lat. Mają oni być przyszłymi studentami Uniwersytetu piszącymi prace dyplomowe o życiu w wirtualnej rzeczywistości. Studenci, zwerbowani przez profesora, trafiają pod opiekę załóg kilkudziesięciu poduszkowców. Jedną z osób, które lądują na statku Aletheia[4], jest 19-letnia Ania Firlej: romantyczka, optymistka i indywidualistka. Rudowłosa nastolatka, jako wielka nonkonformistka, sprawia swoim przełożonym mnóstwo kłopotów. Wkrótce okazuje się, że dziewczyna posiada niezwykłą wyobraźnię i talent bajkopisarski. Przyjmuje nawet pseudonim Szeherezada (w skrócie Zada).

Ania, początkowo lekceważona, pomału staje się gwiazdą w swoim środowisku. Ludzie ze statku Aletheia w każdej wolnej chwili podłączają się do programu Konstrukt, żeby uczestniczyć w nowej baśni wymyślonej przez Szeherezadę. Po pewnym czasie nawet sfrustrowana młodzież z Syjonu rozkochuje się w charyzmatycznej nastolatce. Ania staje się symbolem buntu przeciwko twardemu realizmowi i racjonalizmowi starszego pokolenia. Bo przecież nie ma nic złego w marzeniach i fantazji, jeśli potrafi się je odróżnić od Realnego Świata. I wcale nie trzeba mieć w głowie specjalnego gniazdka. “Jeżeli ktoś ma bujną wyobraźnię, to nie potrzebuje komputera ani innych zdobyczy techniki, żeby zagłębić się w świecie fantazji” - mówi Szeherezada. Poznajcie dziewczynę, której niestraszna jest proza życia!


Wyjaśnienie autorki
KILKA ZDAŃ… DLA PORZĄDKU


“Matrix: Księga Nołlajfów. Ania z Zielonego Kodu” to fan fiction inspirowane takimi filmami i książkami, jak “Matrix”, “Ania z Zielonego Wzgórza”, “Błękitny Zamek”, “Mała Księżniczka”, “Harry Potter”, “Opowieści z Narnii”, “Ballady i Romanse” czy “Baśnie z 1001 Nocy”[5]. Wszystkie źródła natchnienia traktuję w sposób luźny i swobodny: opieram się na własnej inwencji i kreatywności, a nie na jakichkolwiek kanonach (tak zapewne postępowałaby Ania Firlej) W moim opowiadaniu znajdują się odniesienia do współczesnej polskiej rzeczywistości. Można w nim również znaleźć nawiązania do historycznego sporu romantyków z klasykami tudzież modernistów z pozytywistami. “Matrix: Księga Nołlajfów” to radosna twórczość bez wygórowanych ambicji, ale pisana starannie i z odrobiną serca. Wiele moich pomysłów rodziło się w takich okolicznościach, jak kilkugodzinna jazda autobusem czy zimowa awaria prądu.

Witolda Wanda Wiarus
   


PROLOG
Obraz nędzy i rozpaczy


Uniwersytet w Syjonie miał się źle, jak wszystko w Realnym Świecie. Ale w październiku 2213 roku (zakładano, że był to październik 2213 roku. Tak naprawdę, nikt nie znał prawdziwej daty obowiązującej w świecie ludzi) spełnił się jeden z najczarniejszych scenariuszy. Stało się to, co przewidywano od dłuższego czasu, ale dotychczas wypierano ze świadomości i traktowano jak ponure gdybanie. Otóż na Wydziale Nauk Społecznych i Humanistycznych nie uruchomiono - ze względu na niewystarczającą liczbę kandydatów - ani jednego kierunku studiów. Tak źle nie było jeszcze nigdy (a trzeba przyznać, że było źle od kilkunastu lat). Gdy Minerwa, dziekan WNSiH, zrozumiała, w najbliższych latach może dojść do likwidacji tej jednostki organizacyjnej, popadła w głęboką depresję. Kobieta miała zwyczaj popadać w depresję każdej jesieni, ale tym razem jej stan był tak poważny, że musiano ją hospitalizować. Załamała się zresztą nie tylko ona, lecz także rektor Uniwersytetu wraz z całym sztabem prorektorów (na szczęście, uniknęli oni psychiatryka). Ostatnie miasto ludzi stało się bardzo smutnym miastem. Było jasne, że bieda już nie tylko piszczy w rurach, ale również zagląda ludziom w oczy.

Kryzys uczelni stanowił efekt nałożenia się na siebie kilku czynników. Wszystkie te czynniki były same w sobie niebezpieczne i niepokojące, ale wymieszane w jedną całość tworzyły toksyczny i wybuchowy koktajl nieszczęść. Po pierwsze: chociaż Syjon był jedynym miejscem na Ziemi, w którym ludzie się rodzili, a nie byli uprawiani przez maszyny, od dłuższego czasu panował w nim ujemny przyrost naturalny. Niektórzy pesymiści biadolili, że jak tak dalej pójdzie, to wolna ludzkość wymrze samoistnie, bez żadnego udziału mechanicznych nieprzyjaciół. Fakt, że rodziło się mało dzieci, nie wynikał jednak ze skłonności samobójczych, a przynajmniej nie na poziomie uświadomionym. Wielu ludzi było przekonanych, że nie stać ich na założenie rodziny i zapewnienie jej godnego bytu. Tym, którym udało się zbudować podstawową komórkę społeczną, często brakowało pieniędzy na żywność i odzież, a cóż dopiero na to, by posłać swoje dzieci na studia. Po drugie: młodzi mieszkańcy Syjonu wcale nie garnęli się do nauki. I to nie dlatego, że byli nieukami, tylko dlatego, że nie widzieli przed sobą perspektyw pracy i rozwoju, a emigracja (z przyczyn oczywistych) nie wchodziła w grę.

Osoby starsze, zwłaszcza te, które wsławiły się działalnością w ruchu oporu, przekonywały młodzież, że powinna się cieszyć z tego, co ma. Ostatecznie, jest ona grupą wolnych, świadomych, naturalnie urodzonych ludzi, którzy znają prawdę o rzeczywistości i mają zaszczyt walczyć o przyszłość rodzaju ludzkiego. Jednak tego typu retoryka nie była dla młodych przekonująca. Obrona ubogiego, dusznego, obskurnego Syjonu nie stanowiła dla nich priorytetu i nie zmieniały tego sączące się zewsząd przemowy o Prawdzie, Wolności i Człowieczeństwie. Najbardziej cyniczni nastolatkowie i dwudziestolatkowie nie wahali się nawet mówić, że “szlag powinien wreszcie trafić to miasto”. Dla starszego pokolenia szczególnie bolesne i zatrważające było to, że młodzi ludzie z Syjonu nie ukrywali, iż zazdroszczą swoim rówieśnikom z Matrixa. Młodzież tłumaczyła, że chciałaby żyć w wirtualnej rzeczywistości, bo są tam miejsca pracy, możliwości rozwoju oraz rozmaite atrakcje i rozrywki. Z badań, przeprowadzonych przez dr Klio z WNSiH, wynikało, że większość osób w wieku 15-20 lat wyobraża sobie Matrix jako “miejsce podobne do Syjonu, ale lepsze”.

I właśnie w takich warunkach, w atmosferze nędzy i rozpaczy, odbyło się specjalne zebranie pracowników naukowych, dydaktycznych i naukowo-dydaktycznych Uniwersytetu w Syjonie. Dyskutowano głównie o teraźniejszości i przyszłości Wydziału Nauk Społecznych i Humanistycznych (Minerwa opuściła już szpital psychiatryczny, ale widać było, że nadal nie czuje się dobrze). Podczas długiej, burzliwej debaty wyszły na jaw problemy, które do tej pory były niedostrzegane, bagatelizowane lub lekceważone. Przede wszystkim, uzmysłowiono sobie, że WNSiH rozwija się kiepsko, bo pracownicy, studenci i doktoranci mają ograniczone pole działania. Miejsce takie, jak Syjon, nie dostarczało im zbyt wielu inspiracji badawczych. Ze względu na niewielką ilość zagadnień godnych zbadania zajmowano się ciągle tymi samymi problemami, zjawiskami i teoriami. Jedyna na Ziemi instytucja podtrzymująca płomień nauk społecznych i humanistycznych przypominała psa goniącego własny ogon. Za kopalnię tematów, która mogłaby pchnąć WNSiH do przodu, uznano Matrix. Niestety, większość ludzi na Wydziale nie miała do niego dostępu, co z góry przekreślało badania terenowe[6].

Bieda, bezrobocie, wykluczenie cyfrowe… I totalny, sprowadzający na ziemię, podcinający skrzydła brak perspektyw… Minerwa, która na co dzień starała się tłumić emocje, tym razem nie zdołała powstrzymać łez. Rozpłakała się przy wszystkich naukowcach. Herodot, kierownik Zakładu Historii Najnowszej, pocieszał ją frazesem: “Może i jesteśmy biedni, ale dzierżymy PRAWDĘ, która podtrzymuje przy życiu nasze człowieczeństwo”. Demeter, młoda magister ekonomii, zbyła go słowami: “PRAWDA jest taka, że ludziom nie starcza do pierwszego”. Wówczas zabrał głos Dedalus, światły profesor, który, jako jeden z niewielu pracowników WNSiH, miał w ciele gniazdka umożliwiające podłączenie się do Matrixa. Mężczyzna powiedział, że skoro w Syjonie brakuje kandydatów na studia społeczne i humanistyczne, to trzeba ich sprowadzić z innych zakątków planety. Socjolog Romulus, dość kontrowersyjny człowiek, zaczął marudzić, że coraz częściej dochodzi do zatargów między autochtonami a imigrantami, ale Dedalus nie chciał go słuchać. Profesor, sławny antropolog, oświadczył, że byłby w stanie znaleźć kilkuset zdolnych, młodych ludzi, którzy postawiliby WNSiH na nogi.

Romulus zaczął snuć straszne opowieści o neonazistach, którzy rysują swastyki w miejscach publicznych i uważają, że ludzie wyhodowani przez maszyny nie są pełnoprawnymi istotami ludzkimi. Sprzeciwiają się oni obecności takich osób w Syjonie, a także krzyżowaniu się wolnej ludzkości z “tymi podludźmi”. Prometeusz, dziekan Wydziału Informatycznego, prychnął ironicznie, że Romulus pewnie sam jest kryptonazistą, który pragnie zapobiec dalszemu napływowi “podludzi” do Syjonu. Socjolog potraktował te słowa poważnie i odpowiedział lodowato: “Do zobaczenia w sądzie”. Co się tyczy pomysłu Dedalusa, zyskał on aprobatę większości zgromadzonych, a władze uczelni obiecały, że wkrótce go rozpatrzą. W połowie listopada (a raczej “listopada”) Dedalus miał już pozwolenie na przeprowadzenie w Matriksie rekrutacji na studia pierwszego i drugiego stopnia. Zadaniem profesora było zwerbowanie kilkuset zdolnych ludzi w wieku 18-28 lat, którzy będą bezpłatnie studiować na WNSiH i pisać prace dyplomowe w celu poszerzenia wiedzy wolnej ludzkości o warunkach panujących w Matriksie. “To po prostu nie może się udać” - jęczał Romulus, ale nikt nie przejmował się jego krakaniem.

Tak się złożyło… może przez przypadek, a może przez przeznaczenie… że jedną z rybek, które wpadły do sieci Dedalusa, była dziewiętnastoletnia Ania Firlej z Uniwersytetu Henryka Sienkiewicza. Dziewczyna ruda, piegowata i niepiękna. Zdolna, ale nie wybitna. Zaradna, lecz pozbawiona przymiotów, które dałoby się zaklasyfikować jako niespotykane lub nadnaturalne. A jednak wyjątkowa, inna niż wszystkie. Ania Firlej nigdy nie była realistką. Może to właśnie dlatego - po odłączeniu od Matriksa - nawet przez moment nie przypominała kogoś, komu zawalił się cały świat (owszem, było w niej dużo zadziwienia. Jednak było to zadziwienie kojarzące się z dzieckiem lub filozofem: kimś, kto podchodzi do nowości z zainteresowaniem i fascynacją). Pewnie to również z tego powodu nie dała się upupić brutalności Realnego Świata i ciasnym poglądom ludzi związanych z Syjonem. Kiedy myślę o tym, na czym polegał jej fenomen, dochodzę do wniosku, że opierał się on na… nietraktowaniu świata serio. Skończmy jednak ten nudny wywód. Niech Ania sama opowie o swoich perypetiach. O tym, jak je przeżyła i zapamiętała. Pozwólmy Ani przemówić własnym głosem.

Proszę Państwa! Przed Państwem Anna Maria Zuzanna Firlej…

CIĄG DALSZY NASTĄPI



********************
PRZYPISY
********************


[1] Pełna treść ballady znajduje się na stronie:
http://literat.ug.edu.pl/amwiersz/0008.htm

[2] “Fan fiction (czasem używany skrót: ff) – tworzenie przez fanów (a niekiedy, przeciwnie, krytyków) istniejącego filmu, książki, serii komiksowej itp. opowiadań (zwanych fanfikami) nawiązujących do danego utworu, dotyczących dziejów postaci w wybranym przez autora czasie. (…) Czasami występują także fanfiki opowiadające historie sławnych osobistości z realnego świata, np. członków zespołów muzycznych. Ważne jest, aby były to utwory publikowane non-profit, gdyż inaczej mogą zostać uznane za wykorzystanie cudzych praw autorskich (np. w USA), chyba że w danym kraju przepisy nie wymagają takiej postawy (np. Rosja, Polska). (...) Autorzy fanfików publikują swoje dzieła na różnych portalach – blogach, forach literackich i fanowskich, a także specjalnie do tego przystosowanych portalach. (...) Piszący ‘zapożyczają’ postacie kanoniczne lub tworzą swoje własne, osadzając je w realiach danego uniwersum" (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Fan_fiction).

[3] Nołlajf (z ang. “no life” - “brak życia”) - w slangu Internautów pogardliwe określenie osoby, która więcej uwagi poświęca wirtualnej rzeczywistości (np. Internetowi, grom komputerowym) niż realnemu życiu. “Pryszczaty Noł-lajf. On nigdy nie odchodzi od komputera. Nie je, nie śpi, czasami przejdzie się do klopa” - czytamy na facebookowym profilu PryszczatyNolLajf. Uwaga: określenie “nołlajf” może się także odnosić do telemaniaka, mola książkowego itp.!

[4] “Aletheia «w starożytnej filozofii greckiej: prawda jako nieodparta oczywistość istnienia czegoś»” (źródło: http://sjp.pwn.pl/slownik/2549425/aletheia).

[5] “Matrix” - trylogia filmowa Andy’ego i Lany (Larry’ego) Wachowskich. “Ania z Zielonego Wzgórza” - cykl powieściowy Lucy Maud Montgomery o romantycznej, optymistycznej, rudowłosej indywidualistce Ani Shirley. “Błękitny Zamek” - powieść tej samej autorki, opowiadająca o losach 29-letniej Joanny Stirling, która ucieka od ponurej rzeczywistości w świat marzeń o Błękitnym Zamku. “Mała Księżniczka” - powieść Frances Hodgson Burnett o bogatej dziewczynce, która po śmierci ojca zostaje nędzną posługaczką, ale ubarwia sobie życie fantazjowaniem i wymyślaniem bajek. “Harry Potter” - cykl powieściowy Joanne Kathleen Rowling, mówiący o młodym chłopcu, który dowiaduje się o swojej czarodziejskiej naturze i rozpoczyna naukę w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. “Opowieści z Narnii” - cykl powieściowy Clive’a Staplesa Lewisa o dzieciach przenoszących się z realnego świata do tajemniczej, intrygującej, fantastycznej krainy. “Ballady i Romanse” - tomik epickich wierszy Adama Mickiewicza, pełnych cudów i niezwykłości. “Baśnie z 1001 Nocy” - bliskowschodnia opowieść o niejakiej Szeherezadzie, która poślubia złego sułtana i każdej nocy opowiada mu baśnie.

[6] Dla zainteresowanych: cytat z tekstu zawartego w autentycznym podręczniku akademickim. “Czy miesiące, a nawet lata spędzone w sieci są badaniami terenowymi? Badanie spełnia doskonale zarówno wymogi związane z długością pobytu, jak i ‘głębią’/interaktywnością. (Wiemy, że w sieci mogą mieć miejsce pewne osobliwe i intensywne rozmowy.) Podróż elektroniczna, poza wszystkim innym, jest rodzajem depaysement. Może ona przyczynić się do obserwacji uczestniczącej innej społeczności bez fizycznego opuszczania domu. Kiedy pytałem antropologów, czy mogłoby to być badaniem terenowym, zazwyczaj odpowiadali, że ‘być może’, a w jednym przypadku usłyszałem nawet słowo ‘oczywiście’. Lecz kiedy kontynuowałem, pytając, czy zgodziliby się poprowadzić pracę doktorską opartą przede wszystkim na tego rodzaju odcieleśnionych badaniach, wahali się bądź przeczyli: obecnie takie badania terenowe nie byłyby możliwe do zaakceptowania” [J. Clifford, “Praktyki przestrzenne: badania terenowe, podróże i praktyki dyscyplinujące”, w: “Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej. Kontynuacje” pod red. M. Kempnego i E. Nowickiej, Warszawa 2004, s. 148.]
 

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
30123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

gachild | pocochodza | mymanifesto | onjgswym | lenardoskylinekanalyoutube | Mailing